Rodzina i biznes za 300 lat, czyli talent dziecka dziś – dr hab. Gregorz Grochowski – BT17

Grzegorz Grochowski

Pobierz audycję

Lista tematów:

  • Wprowadzenie historyczne (300 lat temu): 0’29”
  • Dlaczego rodzice nie odkrywają talentów: 1’38”
  • Jak odkrywać talenty własnego dziecka: 5’40”
  • Czy można trenować talenty: 19’03”
  • Granica ingerencji rodziców w talenty dziecka: 22’35”
  • Jak dbać o talent dziecka: 32’56”
  • O inicjatywie Tato.net: 41’38”
  • Nadmiar pomysłów biznesowych: 45’04”

Linki:

Futurologia:

Książki:

Kevin Kelly – Nieuniknione

Michio Kaku – Przyszłość ludzkości

Transkrypcja rozmowy:

Artur Pranga: Gościem dzisiejszej audycji jest Pan doktor habilitowany Grzegorz Grochowski, Profesor Uniwersytetu Gdańskiego, wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie, ojciec dwóch dorosłych córek, specjalista od talentów. Dzień dobry Panie Grzegorzu!

Grzegorz Grochowski: Dzień dobry, witam serdecznie.

W dzisiejszej audycji będziemy rozmawiać dużo o perspektywie 300 lat, więc pozwolę sobie zacząć od nakreślenia małego rysu historycznego. Co się działo 300 lat temu?

Otóż w Polsce panował August II Mocny. W Warszawie mieszkało wtedy między 40 a 60 tysięcy osób. W całej Polsce odczuwano nieprzyjemne skutki wojny domowej i Trzeciej Wojny Północnej. W Europie, w Wenecji, która była jeszcze republiką, panował doża. W tej właśnie Wenecji otwarto w 1720 roku, 300 lat temu, funkcjonującą do dziś kawiarnię Cafe Florian przy placu Świętego Marka. Oprócz tego od czasu do czasu wybuchały epidemie dżumy. W medycynie praktykowano upuszczanie krwi chorym pacjentom, a w technologii pojawiły się pierwsze opisy, dość prostych, maszyn parowych, które były używane do napędu pomp kopalnianych.

Skoro już wiemy, co się działo 300 lat temu, o jakiej perspektywie mówimy, przejdziemy do tematu dzisiejszej rozmowy. Prowadząc swoją audycję, po dłuższych rozmowach z niektórymi doświadczonymi biznesmenami, mogę powiedzieć, że część z nich próbuje projektować sobie istnienie swojej rodziny za 300 lat. Aby po pierwsze, mieć taką samą perspektywę spojrzenia, zarówno dla siebie, dla swoich dzieci oraz wnuków, oraz po drugie za cel nie stawiać sobie utrzymanie obecnego biznesu, bo rynek i tak się zmieni, ale utrzymanie rodziny w grze biznesowej. Jednocześnie wiemy, że każde dziecko rodzi się z ogromną ilością połączeń nerwowych, spośród których nieużywane zanikają. Panie Grzegorzu, jak rodzice odkrywają w dziecku talenty?

Wydaje mi się, że większość rodziców nadal ma bardzo słabą świadomość w tym obszarze, utalentowania własnego dziecka. Odpowiadając na Pana pytanie, jak odkrywają, czyli odnosząc się do rzeczywistości, tak jak ona w tej chwili wygląda, na podstawie swojej wiedzy i doświadczenia muszę przyznać, że nie wygląda to najlepiej. Często jest tak, że rodzice po prostu ufają systemowi edukacyjnemu, powierzając swoje dziecko temu, dosyć długiemu procesowi, około 12 letniemu. Obdarzają zaufaniem tych “specjalistów, ekspertów”. Najczęściej po prostu urzędników, co do których mają przypuszczenie, że wiedzą, jak z dziecka wydobyć jego potencjał.

Jeśli spojrzymy jednakowoż na edukację i na to, w jaki sposób kształtowany jest właśnie system uczenia i wdrażania młodego człowieka w dorosłe życie, na tym poziomie wiedzy i kompetencji, to dostrzegamy, że system ten w bardzo również niewielkim stopniu dostrzega różnice indywidualne między osobami, między dziećmi. Raczej stawia na pewnego rodzaju standaryzowanie. Mówimy o tym popularnie, że jest to takie dziedzictwo pruskie, skąd ten system się wywodzi. Zresztą nie tylko w Polsce. Ale stawia na tworzenie standardów, określonych wymagań. Żeby te standardy miały szansę być spełnione, one muszą być w jakiś sposób uśrednione. To znaczy nie mogą być za wysokie, ani za niskie.

Efektem tego jest to, że młodzi ludzie obdarzeni wysokim utalentowaniem, wysokimi zdolnościami, często w tych systemach się duszą, nudzą się, nie potrafią znaleźć wyznań, które by ich rzeczywiście rozwijały. A z kolei mniej zdolni, czy tacy, którzy mają zdolności bardzo zablokowane, gdzieś głęboko ukryte, oni z kolei nie nadążają i w rezultacie tego co rodzi się u nich często stres, taka postawa jakby przegrania, porażki, nie poradzenia sobie. Dlatego też rodzice, którzy w większości, tak jak zaznaczyłem, wcześniej, ufają temu systemowi, wydaje mi się że czynią to prawdopodobnie z niedostatku wiedzy.

Więc rodzice, odpowiadając na Pana pytanie, już dzisiaj nie odkrywają talentów, to takie uproszczenie oczywiście, generalizacja. Ale nie otwierają, ponieważ nie wiedzą, że mogą to robić, nie wiedzą też jak to robić i zbytnio ufają tzw. ekspertom. Sądzę, że to jest takie uszczegółowienie takiej szerokiej mentalności zaufania temu, kto wie lepiej, temu kto jest nade mną, tego myślenia jakby o państwie, no bo edukacja w Polsce jest domeną państwa, myślenia o państwie w kategoriach takich troszeczkę hierarchicznych. Jest to jeszcze takie bym powiedział zaległość po czasach, być może tych czasach o których Pan właśnie wspomniał, 300 lat temu. Niestety rodzice zbyt małą wagę przywiązują do odkrywania talentów. Tak odpowiadam na to pytanie.

Co mogę ja zrobić, żeby odkryć te talenty, które moje dziecko posiada?

Pierwszym krokiem jest zmiana perspektywy myślenia o moim dziecku. Mam taki przykład. Ja mam dwie córki, w tej chwili są to już osoby dorosłe, ale gdy znajdowały się właśnie w tym strumieniu edukacji, jeszcze w szkole podstawowej i później w szkole średniej, zauważyłem z sobie taką bardzo niepokojącą tendencję porównywania jednej do drugiej. O ile pierwsza córka cechuje się takimi umiejętnościami, zdolnościami, które pozwalały jej radzić sobie świetnie w systemie edukacyjnym, osiągać wysokie wyniki, czyli po prostu dobre stopnie. Ma dużo na karcie do uczenia się, determinację. Potrafi czasu dużo poświęcić. O tyle druga córka nie spełniała takich właśnie wymogów. Siłą rzeczy spowodowało to w umyśle taty, czy w jego, czyli moich emocjach, pewnego rodzaju stres, pewien dyskomfort. I oceniałem, po prostu porównywałem jedną do drugiej, i tą drugą, młodszą, oceniałem w jakiś sposób gorzej.

Działo się tak do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie przecież w ten sposób łamię dokładnie te zasady, których próbuję uczyć innych. Mianowicie tego, żeby dzieci do siebie nie porównywać, nie zestawiać, nie rankingować, ale spojrzeć na każde z nich w sposób indywidualny i odrębny. Zwykle porównuję to do dwóch rodzajów produkcji. Jeden rodzaj to jest taka produkcja taśmowa, taśma produkcyjna. Jeżeli spojrzymy na typową taśmę produkcyjną, to zobaczymy, że w jej wyniku, znaczy jako jej końcowy efekt, powstają produkty idealnie do siebie podobne, spełniające te same parametry. Przykłady takich taśm produkcyjnych, być może nie zaglądamy do zakładów przemysłu ciężkiego, ale przecież odwiedzamy różnego rodzaju wystandaryzowane restauracje, sieci również sklepowe, w których widzimy produkty dokładnie, idealnie spełniające te same wymogi, standardy. I tego od nich oczekujemy zresztą.

Ale gdy pytam się rodziców, z którymi pracuję, na właśnie odkrywaniem talentów, gdy pytam się ich czy chcieliby, żeby tak właśnie wyprodukowane było, w cudzysłowiu, ich dziecko, oczywiście każdy odpowiada, że nie. Wówczas rozmawiamy o innym sposobie powstawania, że tak powiem, produktów, przedmiotów.

Mianowicie o tak zwanym handmade, czyli o robocie ręcznej. Gdy kupujemy, na przykład na jarmarku regionalnym, filiżanki ręcznie malowane, czy też ozdoby wykonywane przez tą osobę, która nam ją właśnie wręcza, sprzedaje, czujemy się zupełnie inaczej, czujemy się wyjątkowo. Czujemy, że zakupujemy przedmiot nie taśmowo zrealizowany, ale taki, który ma jedyne w swoim rodzaju właściwości. I taką właśnie osobą jest nasze dziecko. Każde z nich jest wyprodukowane, przepraszam za to słowo w tym momencie, ale jest właśnie efektem ręcznej produkcji. Jeżeli spojrzymy na to od strony naukowej, zobaczymy, że nie ma, dosłownie nie ma, nie istnieją dwie takie same osoby na świecie, które posiadają idealnie te same cechy.

Kiedyś miałem okazję obejrzeć zdjęcia sobowtóra niechlubnej postaci z dziejów historycznych, Józefa Stalina, któremu to sobowtórowi przypadała funkcja dosyć ryzykowna, ale dobrze płatna. Mianowicie miał zastępować wodza Związku Radzieckiego w sytuacjach gdy groziło mu jakieś niebezpieczeństwo. Rzeczywiście sobowtór, prawie że idealnie pasujący do do swojego pierwowzoru, że tak powiem. Ale oczywiście da się szybciutko, w jakiś sposób przy wnikliwym obserwowaniu, dostrzec różnice.

Również kiedyś zapoznawałem się z wynikami badań bliźniaków jednojajowych. Takie badania, szczególnie w Teksasie, były bardzo intensywnie prowadzone. Mają wysoką wartość naukową. Okazuje się, że mimo tego, że w życiu, nawet bliźniaków jednojajowych, dostrzegamy bardzo wiele podobieństw. Niejednokrotnie Oni nawet słuchają tej samej muzyki. W podobny sposób się ubierają, mają podobne zainteresowania, będąc wychowywani w różnych miejscach świata. To jednakowoż i ci ludzie różnią się między sobą. Nawet jeżeli któryś z nich złoży odcisk palca, to jego brat, czy siostra bliźniaczka odcisk palca będzie miała zupełnie inny. Dlatego, że linie papilarne są różne.

I tak sobie patrząc na to wszystko myślę sobie, że jednak jest jakiś cel tym, że Stwórca w jaki sposób się natrudził nad tym żeby każdy z nas był zupełnie inny, żeby każdy z nas się od siebie różnił. I właśnie taka perspektywa, jeżeli zastosujemy ją, odniesiemy ją do dziecka, uruchomi w nas to właściwe podejście. Podejście do jego mocnych stron. Do jego kompetencji, do jego talentów. To jest jakby punkt pierwszy, tak, to możemy zrobić. Po pierwsze spojrzeć na nasze dziecko zawieszając ocenę porównawczą. Zawieszając na chwilę różne standardy.

Pewnie każdy z ojców pamięta taki moment, albo przynajmniej większość, kiedy zrodziło się pierwsze dziecko. Ja przynajmniej tak miałem, mianowicie sięgałem do różnego rodzaju tabelek. Czy to dziecko właśnie spełnia, jeszcze w wieku niemowlęcym, określone wymogi. Czy waży odpowiednią ilość kilogramów. Czy sypia tyle godzin, ile przewidziano we wszystkich rubrykach. Oczywiście nie ma w tym nic złego. Jest to taki odruch, który w pewnym momencie trzeba zastąpić takim bardziej dojrzałym spojrzeniem. Właśnie na człowieka, jako na specyficzną istotę. I to jest początek. Patrzę na moje dziecko, jako na dar wyjątkowy. Każde dziecko, każdy człowiek jest wyjątkowy.

Oczywiście to też funkcjonuje jako taka swego rodzaju maksyma. Można powiedzieć już trochę taka przegadana sentencja, że każdy jest wyjątkowy. Właśnie nie o to chodzi, żeby posługiwać się regułkami. Chodzi o to, żeby rzeczywiście tą wyjątkowość dostrzec na zasadzie pewnego fenomenu, żeby ona do nas dotarła. Dotarła to znaczy, żeby przeszło to głębiej niż tylko przez warstwę intelektualną. Żebyśmy doświadczyli, o to jest dobre słowo, doświadczyli wyjątkowości swojego dziecka. I tutaj w momencie, kiedy doświadczamy wyjątkowości dziecka, to jest początek długiej drogi do tego, żeby jego talent odkryć. Bo czym jest talent? Od tego od trzeba byłoby zacząć. Talent nie do końca jest tym, jak opisują go słowniki. Bo słowniki, jeżeli otworzymy, zarówno szukając definicji leksykalnej, czy nawet definicji fachowej, w ramach psychologii. One mówią o właśnie wykraczaniu poza stare standardy. Czyli mówią o takim spojrzeniu na talent kategoriach wyróżniania się, wybitności.

Natomiast talent, jeżeli spojrzymy na to też źródłowo, na tą przypowieść biblijną, z której on się wywodzi. W ogóle mówimy o talencie, jako o pewnej zdolności. Pewnym wyposażeniu dopiero od momentu, kiedy przeczytaliśmy w Biblii przypowieść o talentach. O tym, że każdy człowiek w różnym stopniu, ale ma jakieś wyposażenie, ma jakiś utalentowanie. W związku z tym ja jestem zwolennikiem takiego spojrzenia na talent, jako na zasób. Jako na mocną stronę, którą ja mogę się posługiwać, której mogę używać w jakimś celu.

Dlatego talent dla mnie nie funkcjonuje bez takiego pojęcia, jak misja. Jakieś zadanie, jakieś ukierunkowanie, jakiś sens, dla którego żyję. Talent jest tym, co pozwala mi tą misję realizować. Jeden ma taką misję, drugi ma inną. Jeden odkrywa biegun północny, drugi po prostu odkrywa, że można gasić szybciej światło, bo dzięki temu są oszczędności w domowym budżecie. Każdy ma swoje odkrycie, na własną miarę. Każdy ma wyzwania na własną miarę, ale do tych wyzwań są właśnie przy pasowane talenty.

Zatem jeżeli mówimy teraz o właśnie odkrywaniu przez rodzica talentu dziecka, to po pierwsze, właśnie patrzymy na jego wyjątkowość. Po drugie, zwracamy uwagę na to, że talent na pewno ono ma. Że jest wyposażone do tych misji, które mu życie przyniesie. I może będzie to tutaj dla niektórych takim rozczarowaniem. Nie ma łatwej drogi i nie ma prostego sposobu, żeby ten talent odkryć. Osobiście nie mam nic przeciwko różnego rodzaju testom badającym uzdolnienia. Oczywiście one są o tyle dobre, o ile są skuteczne, o ile coś dają poszczególnym ludziom, zwłaszcza osobom dorosłym. Tutaj wiemy, że są różnego rodzaju testy, chociażby najpopularniejszy chyba Test Gallupa dla pracowników firm, też dla dyrektorów personalnych, którzy dzięki temu zapoznają się z pewnymi atutami zatrudnionych przez siebie osób.

Ale testy dla dzieci niosą z sobą sporo, tak bym powiedział, niebezpieczeństw może za dużo powiedziane, ale mają dużo ułomności. Jedną z nich jest to, że test przeprowadza się w danym momencie życia dziecka. Trzeba pamiętać, że dziecko się rozwija, zwłaszcza w pierwszych latach bardzo szybko. I to, co jest aktualne dzisiaj, jutro może być już zupełnie zdezaktualizowane. Niekoniecznie nawet za 300 lat, ale za 300 minut już może być nieaktualne to, co zbadano u dziecka. Dlatego ja osobiście nie zachęcam tak bardzo do testów. Nie zniechęcam, ale też nie zachęcam.

Natomiast jestem zwolennikiem relacji. Ona się zaczyna właśnie, jak już powiedziałem, gdy dostrzeżemy dziecku wyjątkowość, i gdy uznamy definicję talentu jako zasobu. Niekoniecznie na poziomie wybitnym, ale po prostu zasobu, który człowiek ma. Jeżeli te dwie rzeczy weźmiemy razem, to wchodzimy w fascynującą relację z naszym dzieckiem, które poznajemy te jego zasoby. I odkrywanie talentów tak naprawdę to jest radość rodzica, radość ojca, bo tutaj rozumiem szczególnie w tym środowisku się komunikujemy, więc radość rodzica, radość ojca z tego, że dziecko coś potrafi, że coś mu się udaje. Że w jakiś drobnych wyzwaniach dnia codziennego, począwszy od tego, że zaczyna chodzić na dwóch nogach, że wstaje. Że coś po prostu mu wychodzi, że jest jakiś jego postęp, jakiś progres. I to jest właśnie powolne odkrywanie jego mocnych stron.

Oczywiście przydatna jest tutaj wiedza, bo brak wiedzy może nas prowadzić do błędnych wniosków. Szczególnie często błędnym wnioskiem jest, o czym wspomniałem w przypadku moich córek, wniosek, że jeżeli w moje dziecko nie posiada danej cechy, na przykład pilności w szkole, to znaczy, że nie ma talentu, że nie ma tego potencjału w sobie, który może zagwarantować mu dobrą przyszłość, czy dobrą karierę. Nieprawda. Brak pilności był cechą wielu ludzi, którzy na koniec swojego życia okazali się po prostu geniuszami. Przytoczę chociażby takie zdanie Tomasza Edisona, który notabene w szkole miał bardzo duże kłopoty. Tylko dzięki aktywności swojej mamy, zaangażowaniu, udało mu się być tym, kim był.

Ale tenże Tomasz Edison powiedział, że w życiu nie przepracowałem ani minuty, wszystko co robiłem, to była przyjemność. Bez wątpienia jest w tym sporo kokieterii, bo tak naprawdę to jego życie naukowe, już odkrywcy, polegało na mnóstwie prób, który się kończyły niepowodzeniem, żeby wreszcie dojść do tej właściwej. Chociażby słynny materiał, który wreszcie odkrył i wynalazł, nadający się do powstania, do skonstruowania żarówki. Ale do czego zmierzam? Ten człowiek miał bardzo duże kłopoty w życiu szkolnym. I nie zawsze to, że nie dostrzegamy danego atutu w dziecku, może świadczyć o tym, że ono w ogóle atutów nie ma.

Dlatego jeszcze raz może zacznę, bo pewnie jeszcze będziemy tutaj do tego nawiązywać, ale odpowiadając na tym etapie na pytanie podsumuję to w ten sposób: Spójrz indywidualnie na dziecko, jako na nie produkt taśmowy, czy też kogoś, kto się ma do jakiejś taśmy produkcyjnej dostosować, tylko spójrz na twoje dziecko, jako na dzieło sztuki indywidualne, jednorazowe i zacznij się fascynować jego rozwojem. Tym wszystkim, co w nim ujawnia się jako coś pozytywnego, coś wartościowego. Okazuj ten zachwyt dziecku. Bądźcie ze sobą w głębokiej relacji, to jest początek odkrywają talentu

Czy można, w takim razie, jakiś talent dziecku wytrenować?

Więc jeśli przyjmiemy tą w definicję talentu, jako zasobu, użytecznego i wyróżniającego się swoją siłą, czy swoją jakością, to tak. Można talent wytrenować, w tym sensie, że bazując na jakiś zadatkach można pracować, można ćwiczyć, można rozwijać dane zadatki, dane zdolności. Dostaję z tego właśnie talent, czyli atut, czyli zasób.

Natomiast trzeba być tutaj uważnym. Dlatego, że to jest takie dosyć popularne w slangu szkoleniowym określenie, że nigdy cytryna nie będzie pomidorem, albo ziemniak kapustą. Po prostu są pewne zadatki, które pozwalają mieć nadzieję, że wytrenujemy w dziecku jakiś zasób. Ale są też zadatki, których dziecko po prostu jest pozbawione. Albo ma ich w tak niewielkiej ilości, że ten trening będzie działaniem na siłę.

I tu dochodzimy do bardzo ważnego punktu, jakim są ambicje rodzica, ambicje ojca również. Zachęcam do tego, żeby być uważnym na to, na ile w naszym właśnie trenowaniu dziecka, tak użyję tego słowa, na ile dążymy do tego, żeby rozwinąć tą zawiązkę, którą ono posiada, a na ile rzeczywiście dążymy niestety do tego, żeby zaspokoić nasze własne ambicje, nasze własne niespełnienie.

Bardzo częsty syndrom rodzica, który w dziecku szuka siebie. Szuka tego czego sam nie był w stanie doświadczyć. Szuka tych sukcesów, których sam nie był w stanie osiągnąć. Szuka, jakby leczy swoje przeszłości. Jest to bardzo często, wbrew pozorom, częsta sytuacja. Zarówno dotyczy to ojców, jak i mam. Sytuacja, w której tak naprawdę nie chodzi nam o dobro dziecka. To przykro, może to zabrzmi trochę brutalnie. Ale musimy sobie powiedzieć prawdę w oczy. Nie chodzi nam wtedy o dobro dziecka, tylko chodzi nam o dobro własne. Chodzi nam o własny komfort, własne poczucie spełnienia.

No więc muszę powiedzieć stanowczo: nie znajdziesz spełnienia poprzez życiorys swojego dziecka. Powiem więcej: nie musisz tego szukać. Nie musisz myśleć, że to, co piękne, zdarzy się już tylko twojemu dziecku. Ale możesz w ten sposób spojrzeć na swoją przyszłość. Najlepsze lata, drogi rodzicu, tak przepraszam, że tak spadam w taki, troszkę protetyczny klimat, najlepsze lata dopiero są przed tobą. Jeżeli spojrzysz w ten sposób na swoje życie, nie będziesz musiał żyć szczęściem twojego dziecka. Zaczniesz żyć, uwaga, szczęściem swoim, które twojemu dziecku będzie się udzielać. Będziesz wtedy rodzicem.

Nie dziecko będzie zaspakajać twoje ambicje. Ty będziesz wzmacniać dziecko do tego, żeby miało odwagę iść ku swoim marzeniom, ku swoim celom. I będziesz wtedy rzeczywiście z niego dumny. To jest ta moja odpowiedź na wytrenowanie talentu. Trenujmy, owszem, trenujmy, bazując na pewnych zawiązkach, na co dziecko rokuje, szanse. Nie na wszystko rokuje i nie na wszystko musi rokować szanse. Pozwólmy mu być inne.

Projekcja 300 letniej rodziny biznesowej to jest bardzo silne narzucenie tematu i kierunku rozwoju. Jednocześnie wiemy, że istnieją w Europie takie rodziny, tylko się z tym nie obnoszą. Gdzie leży granica ingerencji, wzmacniania jednych talentów kosztem drugich przez rodziców?

Perspektywa 300 lat jest perspektywą bardzo poruszającą i kuszącą. Ale pozwolę sobie wyrazić odrobinę sceptycyzmu na ten temat. Mianowicie, ja jestem osobiście fanem i widzem produkcji, czy to firmowych, długometrażowych, czy też seriali z gatunku science fiction. Science fiction albo po prostu fiction. Bardzo cenię sobie serial Star Trek, który jest, można powiedzieć, taką ikoną dotyczącą tego, co człowiek myślał, w którym momencie swojej historii myślał o przyszłości. Bardzo, można być troszkę, nawet zabawne jest oglądanie odcinków serialu Star Trek z lat 60-tych. Później kolejna seria pojawia się w latach 80-tych.

Jako ciekawostkę powiem to, co w pewnym momencie do mnie dotarło. Mianowicie, że twórcy przewidzieli, że w przyszłości będzie coś takiego, jak teleportacja. Jeżeli ktokolwiek oglądał serial o którym mówię, to wie, co mam na myśli. Bohaterowie stają w takim pomieszczeniu, w takiej odpowiedniej, można powiedzieć, maszynie. Następnie spływa na nich jakby strumień energii. Oni się dezintegrują, całkowicie znikają, czy zostają rozbici na atomy, albo kwanty. I następnie, przez tą samą maszynę zostają zintegrowani gdzieś w innym miejscu, na innej planecie. A więc ogromnie zaawansowane technologicznie urządzenie. Twórcy serialu przewidzieli właśnie, że takie urządzenie będzie w przyszłości.

Ale uwaga. W tym samym momencie, kiedy ci aktorzy, przepraszam, bohaterowie serialu się z powrotem, że tak powiem scalają na innej planecie, wyciągają z kieszeni i zupełnie prymitywny przedmiot, wyglądający jak krótkofalówka i za pomocą tego przedmiotu porozumiewają się, jeszcze otwierając jakieś klapki, porozumiewają się ze swoimi przyjaciółmi, czy ze swoimi członkami załogi znajdującymi się na statku. A gdzie smartfon? A gdzie internet? Gdzie transmisje bezprzewodowe, szybkie? To, z czym my mamy dzisiaj na codzień do czynienia, co jest naszą codziennością. A więc można przewidzieć, można myśleć o przyszłości w jeden sposób. A można zupełnie nie zauważyć nowych trendów, czy nowych nurtów, które się będą pojawiać.

Osobiście, jeśli ja myślę o przyszłości, zwłaszcza z takiej perspektywy którą Pan nakreślił, to czuję się bardzo pokorny. Czuję się bardzo w tym momencie taki nieuprawniony do tego, żeby ferować wyroki na temat tej przyszłości. Sporo czytam na ten temat, muszę powiedzieć, i to literatury nie science fiction już, ale również takiej literatury naukowej, która na podstawie trendów obecnych próbuje w przyszłość zidentyfikować, jak ona będzie wyglądać. Zresztą, być może, że nie wszyscy wiedzą, ale są bardzo precyzyjne metody naukowe, które służą badaniu przyszłości. Oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to tylko i wyłącznie na poziomie pewnego prawdopodobieństwa, mniejszego lub większego.

Ale do czego zmierzam? Że w tych spekulacjach, w tym pozytywnym w sensie tego słowa, na temat przyszłości, często napotykam na sprzeczne przewidywania. I to ludzi, którzy naprawdę na wysokim poziomie to robią, i posługują się intelektuami, o których wielu z nas mogłoby tylko pomarzyć, i danymi, o których wielu z nas mogłoby tylko mieć jakieś marzenie, czy wyobrażenie. Po prostu przyszłość, w takiej perspektywie, jest bardzo trudno przewidywalna.

Wiemy dzisiaj o tym, że na przykład badania nad sztuczną inteligencją z pewnością są jednym z trendów, który w bardzo silny sposób zdeterminuje przyszłość. Oznacza to, że bardzo wiele zawodów przestanie istnieć, powstaną nowe zawody, pojawią się zupełnie nowe kompetencje, których nasze dzieci, czy nasze wnuki, czy prawnuki i praprawnuki Będą się uczyć. Nie jesteśmy nawet prawdopodobnie w stanie tych niektórych z tych zawodów nazwać, a to jest tylko jeden faktorów zmian współczesnych. Sztuczna inteligencja to jedno, genetyka drugie.

Badania genetyczne, które już dzisiaj pozwalają mieć bardzo wiele nadziei i perspektywy na to, że człowiek znacznie przedłuży swoje życie. Że będziemy wkrótce stawać przed możliwością wyboru pewnych nawet cech, które gdzieś w nas będą funkcjonować. Czy będą możliwe do, przepraszam za wyrażenie, umieszczenia w naszym organizmie. To oczywiście rodzi szereg dylematów etycznych, więc daję to jako przykład bardzo dużego tematu, jakim jest przyszłość. Dlatego planowanie biznesowe, rodzinne na 300 lat. To jest trochę taki bym powiedział, przepraszam za wyrażenie, ale dla mnie relikt przeszłości.

Czyli paradoksalnie planowanie przyszłości w takim linearnym w trybie, jest niedzisiejsze. To, co dzisiaj my możemy robić, to z pewnością wyposażać dziecko w pewne cechy, które będą uniwersalne. Zawsze będzie się liczyć kreatywność. Zawsze będzie się liczyć zdolność do uczenia się. Do dostosowywania się do sytuacji, do pracy w grupie, do pracy zespołowej. Zawsze będzie się liczyć umiejętność posługiwania się po prostu swoim myśleniem. Bo myślenie to nie jest tylko jakaś spontaniczna czynność. Myśleniem można kierować, można stosować pewne metody myślenia, tak samo jak metody uczenia się właśnie. Tego typu uniwersalne kompetencje, niewątpliwie warto w to zainwestować. I na tym się mocno jakby, przepraszam za kolokwializm, zfokusować.

Natomiast planowanie takiego rodzinnego wpływu, czy jakiejś kontynuacji, niewątpliwie jest miłe, bo jakby, to jest taki argument za tym, że jesteśmy za ciągłością, że nie jesteśmy za wiecznymi rewolucjami, że nie jesteśmy za atomizacją rodziny. Chcemy, żeby ta nasza rodzina, czy to nasze plemię, nasz klan trwał długo, długo. Ale z drugiej strony, jeżeli chcemy to odnieść do przyszłości, takiej przewidywanej, bardzo byłbym ostrożny. Nawet ludzie o dużych majątkach, o dużych możliwościach finansowych. W zakresie ich możliwości jest to, żeby wynająć najlepszych nauczycieli dla swoich dzieci, żeby mieli dostęp do najnowszej wiedzy. Nawet ci ludzie będą zaskakiwani tym, co się będzie działo w przyszłości.

Dlatego ja trzymam się takiego określenia troszkę troszkę inaczej wyjaśniającego to zagadnienie. Planowanie, 300 lat. Ja popieram bardzo mocno jednego z najwybitniejszych informatyków. To jest Alan Kay, który stwierdza co następuje: Najlepszym sposobem na przewidywanie przyszłości, jest wynajdywanie jej. Najlepiej przewidzieć przyszłość w ten sposób, że się ją wynajdzie. Co to znaczy? To znaczy, że to, co największego możemy zrobić dla naszego dziecka dzisiaj, w kierunku jego kompetencji, to uczynić z niego wynalazcę przyszłości. Nie tego, kto będzie tej przyszłości tylko podlegał, ale tego, kto będzie tą przyszłość wynajdywał. Przyszłość swoją i swojej rodziny. Przyszłość swojego regionu i swojej kultury i cywilizacji, w której żyje. A zatem tak bym do tego podszedł. 300 lat?

Chcesz zaplanować swoją rodzinę za 300 lat, uczyń ze swojego syna, ze swojej córki wynalazców przyszłości. Zrób wszystko, żeby posługiwał się swoim umysłem w sposób innowacyjny, żeby chciał się cały czas uczyć. A to naprawdę nie jest tylko slogan, że uczymy się przez całe życie. To jest rzeczywistość, to jest natura naszego intelektu. Tak zostaliśmy skonstruowani. I właśnie takie cechy w nim pielęgnuj, i takie cechy w nim rozwijaj. Natomiast przewidywanie, co będzie robił w twoim wyobrażeniu swojej rodziny, swojego klanu, w przyszłości, jest ryzykowne.

Przypomina mi się w tym momencie film, jedna z najlepszych komedii, jakie w życiu oglądałem, z Louis-em de Funès w roli głównej. Kto z nas nie kocha Louis-a de Funès? Filmy ten nosi tytuł: “Skrzydełko czy nóżka”. Bohaterem jest właśnie grany przez Louis-a de Funès przedsiębiorca, który marzy o pewnej przyszłości dla swojego syna. Tą przyszłością ma być właśnie bycie jego spadkobiercą, zastępcą, następną w rodzinnym biznesie, też wieloletnim. I cóż, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że pasją za jest bycie klaunem w cyrku. I po nocach, albo gdzieś jakiś momentach, w których tata tym nie wie, bo zajęty jest gdzieś pracą, jeździ, syn wymyka się do pobliskiego cyrku, na arenę, gdzie odgrywa rolę klauna. Oczywiście w finale tego filmu dochodzi do zabawnej sceny ze słynnym zdenerwowaniem się Louis-a de Funès na ten temat i zabawnym szeregiem gagów.

To się pięknie kończy. Syn jakoś się w to wszystko wpasowuje, a jednocześnie nie tracąc swojego talentu i swojej pasji. Tym niemniej jest to świetna nauczka dla wszystkich, którzy chcieliby dziecku swojemu, czy swoim nawet prawnukom zaprogramować przyszłość. Może jest lepszy pomysł. Może po prostu razem z dzieckiem tą przyszłość odkrywamy i wynajdujmy ją.

Jeżeli już odkryliśmy talent naszych dzieci i pogodziliśmy się z faktem, że będzie to gra w cyrku. Jak rodzice dbają talent dziecka? Czy może to być “zawiozłem na rytmikę i mam godzinę wolnego”?

A tutaj odpowiem trochę przewrotnie. No i bardzo dobrze, że masz godzinę wolnego. Co z nią zrobisz? Zwykle, gdy spotykam się z rodzicami jedną z zasad jakie staram się przekazać, jest zasada, jej uczą w samolotach podczas instrukcji bezpieczeństwa, z pewnością wielu ze słuchaczy już ją słyszało. Gdy jesteś z dzieckiem w samolocie i ma miejsce jakieś zagrożenie, maski tlenowe wypadają ze swoich schowków, to twój odruch ma być nie ratuj swoje dziecko najpierw, ale załóż maskę najpierw sobie. Sięgnąłem kiedyś do danych naukowych żeby zbadać, czy rzeczywiście tak jest. Tak, okazuje się, że wiele przypadków, również związanych z katastrofami lotniczymi, nie takimi tragicznymi, ale z katastrofami lotniczymi pokazuje, że właśnie ta zasada to jest warunek przeżycia. Czyli jeżeli postąpię odwrotnie, czyli skupię się na dziecku, często będzie tak, że ani nie uratuje swojego dziecka, ani siebie i oboje możemy stracić przytomność.

I to jest dokładnie jakby ten charakter, w którym chciałbym odpowiedź na Pana pytanie. Tak, masz godzinę wolnego i teraz co z nią zrobisz? Czy potrafisz znajdować w tym rozpędzonym życiu chwile, w których spędzasz czas z myślą o samym sobie. Czas dla rodzica, czas dla ojca, czas dla mamy. To jest właśnie ten istotny moment, który może zadecydować tak naprawdę o talencie dziecka. Dlaczego? Dlatego, że do rozwoju dziecko nie tylko potrzebuje pracy. No właśnie tą pracę realizuje podczas chociażby wspomnianych przez Pana zajęć pozalekcyjnych. Ale potrzebuje również siłę, energię. Potrzebuje motywacji. Potrzebuje też poczucia własnej wartości. Że dużo może, że dużo w nim właśnie jest potencjalnej wielkości, że jest wielkie po prostu. A odczuje to tylko i wyłącznie ze strony rodzica, który jest szczęśliwy.

Szczęśliwy rodzic daje szczęście dziecku. W związku z tym ja bym tą godzinę poświęcił właśnie na rozwój własny. To była taka przewrotna części odpowiedzi na Pana pytanie, ale też powinna być druga, bo zrozumiałem jego sens. Mianowicie tak, to nie wszystko. Jeśli już trzymamy się tych zajęć pozalekcyjnych, to nawet tutaj rodzic nie powinien pozostawać bez własnego zaangażowania. Można powiedzieć, nie powinien pozostać bezmyślny wobec tego, co dzieje się z jego dzieckiem. Dlatego, że na zajęciach pozalekcyjnych uczą różni ludzie, uczą w różny sposób i różne są efekty tego. Więc chociażby ze względu na to, żeby monitorować jakość tych zajęć, warto dziecku towarzyszyć, pytać go jak było, obserwować jego postępy i tak dalej.

Ale również, jeszcze inne są też zadania rodzica. Chociażby zarażanie własną pasją. Błędem jest to, jeżeli rodzice, szczególnie to dotyczy właśnie nas, ojców, jeżeli rodzice blokują przed dzieckiem wiedzę o swojej pracy. Dlaczego? Dlatego, że wydaje im się, że dziecko nic z tego nie zrozumie, albo zrozumienie niewiele. Poza tym, że będzie się nudzić, gdy będziemy o tym opowiadać. Wszystko to jest często kwestią języka, jakim się posługujemy. Jeżeli wracamy z jakiejś skomplikowanej konferencji biznesowej, to nie musimy dziecku zdradzać detali, że dotyczyła ona, powiedzmy, rozwoju błony komórkowej we wczesnym stadium organizmu zwierzęcia takiego, czy innego. Ale możemy powiedzieć, że tata spotkał bardzo wielu ludzi, pokazać mu zdjęcia z jakimiś ciekawymi osobami, jakich na tej konferencji spotkaliśmy, sfotografować chociażby wspaniałe, wykwintne jedzenie, jakie było nam dane spożyć. I inne również sposoby w jakich może opowiedzieć o swojej pracy, jako swojej pasji.

Jeżeli dziecko zobaczy, że jego tatuś pasjonuje się tym, co robi to będzie to traktować jako normę i nie pozwoli sobie później narzucić jakiegoś zajęcia, czy jakieś w pracy w przyszłości, która będzie go zniszczyć. Co z tego, że ja dużo zarabiam, kiedy nie odnajduję pracy w tym, co robię. Jak wielu mamy takich wypalonych zawodowo pracowników. A dzieje się to, zaczyna się to właśnie już wtedy, kiedy dziecko widzi, że rodzic wraca zmęczony po pracy, że z jego ust słyszy tylko narzekanie, albo w ogóle chęć odcięcia się od tego elementu swojego życia, przecież bardzo ważnego.

To jest jeszcze jedna rzecz, którą możemy robić. Zarażać własną pasją. Kolejna sprawa. Możemy z dziećmi spędzać więcej czasu na wykonywaniu drobnych, prozaicznych czynności domowych. Od przyrządzania posiłków, poprzez sprzątanie mieszkania, pójście na zakupy. Jeżeli robimy to z pełnym zaangażowaniem, to dziecko doceni to i zobaczy, że może się czegoś od nas nauczyć, jakieś doświadczenie zdobyć.

Jednym z ćwiczeń, które zadaję właśnie rodzicom podczas warsztatów na temat odkrywania talentów, jest takie ćwiczenie: idziesz z dzieckiem do hipermarketu, czego możesz go w tym czasie nauczyć? Podczas tak, wydawałoby się, mało atrakcyjnej i nudnej czynności, jaką już wielokrotnie wykonywałeś. Co jeszcze może uczynić rodzic? Może z dzieckiem się bawić. Zabawa z dzieckiem to nie jest kolejny obowiązek i kolejne wyzwanie.

Ja zachęcam, szczególnie ojców, do tego, żeby odkryli w zabawie z dzieckiem również własny, znów się wyrażę kolokwialnie, fun. Żeby po prostu byli też trochę dziećmi, żeby uwolnili to dziecko, które w nas pozostało, które w nas jest. Mówi się, że mężczyzna to duże dziecko. Super! To dziecko w nas, no bo oczywiście gdybyśmy tylko stwierdzili, że jesteśmy dziecinni, to brzmiałoby to fatalnie, ale jeżeli spojrzymy na to w ten sposób, że z każdym z nas jest dziecko, możemy je odkryć, uwolnić właśnie w zabawie z naszymi pociechami użyć tego dziecka, to po prostu byłoby super.

Ja pamiętam taki, bardzo charakterystyczny moment w moim życiu. Największe nauki mogą przyjść na nas w różnych, naprawdę niespodziewanych, chwilach. Grałem kiedyś córkami w chińczyka i rzucałem kostką, poruszałem pionkami. Oczywiście moje myśli, ponieważ gra nie była zbyt wymagająca, biegły w różnych kierunkach. I w pewnym momencie słyszę słowa od jednej ze swoich córek: “Tata graj!”. Spojrzałem na nią zdziwiony jakby obudzony ze snu. Jak to graj, przecież gram. Przecież rzucam kostką, ruszam pionkiem, o co Ci chodzi? “Tato, ale graj!” No właśnie, Tato Baw się ze mną. Czuję to samo, co ja. Bądź moim świecie, odczuwaj tą samą radość, bądźmy razem szczęśliwi, tego pragnie dziecko. I nasza zabawa z dzieckiem, to jest również moment naszego trenowania jego talentu.

To jest również nasza edukacja. Dobierając odpowiednie formy zabawy, rozrywki, inicjując je, zabierając dzieci różne inspirujące miejsca, grając z nimi w takie nie prymitywne, ale wartościowe, ciekawe, rozwijające gry, możemy to, co w nim w nim jest tym zalążkiem wielkości wspaniale rozwijać. I co więcej, może to być dla nas również dobrą zabawą. Jeżeli tylko że chcemy się z dzieckiem bawić, a nie realizować z nim jakieś czynności z obowiązku. To jest kilka przykładów tego, co możemy zrobić z talentem naszego dziecka. Możemy wybierać mu dobrze zajęcia pozalekcyjne, możemy się z nim bawić, możemy realizować nim różne czynności życiowe. Możemy się z nim dzielić własną pasją. To jest to, co z pewnością może być udziałem rodzica w rozwijaniu talentu. Ale przypominam to, co powiedziałem na początku, czyli odpowiedzi na pana Pytanie. Mianowicie właśnie masz czas dla siebie, wykorzystaj go dobrze.

Czas na reklamę. Czy może Pan coś polecić każdemu tacie, próbującemu jednocześnie mieć rodzinę i prowadzić biznes?

Oczywiście, że jeżeli tutaj był Pan uprzejmy powiedzieć, że czas na reklamę, to zachęcam do tego, żeby korzystać z różnych form, jakie są dostępne, jeśli chodzi o edukację taty, edukację ojca pragnącego właśnie te dwie rzeczywistości harmonijnie realizować. Osobiście jestem zaangażowany w taką sieć ojców. Ta sieć, czy można powiedzieć taka organizacja, inicjatywa networkingowa skupiona jest na edukacji ojców właśnie. Nie jest to sieć, która służy obronie praw ojca, czy też elementom prawnym, ani też terapeutycznym.

Jest to taka inicjatywa edukacyjna, w którym się one odnosić odnaleźć zarówno ojciec ten, który czuje się szczęśliwy w swoim ojcostwie, jak i ten, który przeżywa jakiś dramat, który poszukuje wsparcia. W ramach tej sieci realizujemy, przypominam nazwę, tato.net, łatwo rozpoznać w sieci wklepując właśnie te te słowa, tato.net. W ramach tej sieci realizujemy działania edukacyjne, między innymi warsztaty dla ojców, warsztaty poświęcone kształtowaniu kompetencji ojcowskich. Na przykład “7 sekretów efektywnego ojcostwa”. Albo warsztaty poświęcone odkrywaniu talentów: “Tato – odkrywca talentów”, których to warsztatów jestem osobiście autorem.

Mamy też oferty wakacyjne, w których można spędzić czas z dzieckiem w sposób rozwijający i jakby pogłębiający więź. Są również wśród szerokiej gamy działań Tato.net-u fora dla ojców. Inicjatywy ogólnopolskie i międzynarodowe są dwa razy w roku. Takie forum się odbywa, które prowadzą z setki mężczyzn, nie tylko że nie wstydzących się jakby  faktu że są ojcami, ale równie dzielący się swoimi dobrymi praktykami, w którym można się wzajemnie zainspirować.

I jeszcze o jednej rzeczy chciałem wspomnieć. Jeśli chodzi o Tato.net, to bardzo dynamicznie rozwijają się Kluby Ojców. W tej chwili jest już kilkadziesiąt Klubów Ojca, bodajże niespełna 50 Klubów Ojca w Polsce i za granicą. Są to takie grupy kilkunasto, czy też kilkudziesięcio-osobowe, spotykające się regularnie, raz w miesiącu. Grupy, tak można powiedzieć, samopomocowe, czy też samokształceniowe, lepiej lepiej to brzmi, Gdzie mężczyźni w sposób regularny dbają o swoją kondycję ojcowską. Gdzie temat właśnie zrównoważenia, po angielsku zwany work-life balance, jest bardzo popularny. No bo to jest element życia, życia każdego ojca. Więc zachęcałbym również do tego, żeby poszukać, też na tej stronie Tato.net da się znaleźć, jakiegoś Klubu Ojca, który jest w pobliżu. Są to oczywiście działania bezpłatne. W takim Klubie Ojca można wziąć udział i zasmakować tego, czym jest, jak to mówimy, największa kariera w życiu mężczyzny, czyli ojcostwo. 

Czy miał Pan ostatnio refleksję na jakiś temat brzmiącą: “Można by wokół tego zbudować biznes, ale ja już mam zajęcie”?

Można powiedzieć, że trafił Pan troszkę w czuły mój punkt. Dlaczego? Dlatego, że być może, że niektórzy mają poczucie, że nie mają za dużo pomysłów na na swój biznes. Ja niestety mam poczucie odwrotne. Niestety, lub stety. Przeżywam częściej klęskę urodzaju, niż klęskę nieurodzaju. W mojej głowie nieustannie rodzą się pomysły na biznes. Co gorsza, w wiele z nich ja się wkręcam mimo tego, że mam co robić, niewątpliwie. I można powiedzieć, że w życiu już moim nie powinno się nic ekstremalnego wydarzyć. Jednakowoż jest odwrotnie. Jeżeli pociągnie mnie jakiś pomysł na biznes, teraz mam kilka takich, to w jakiś sposób szukam przynajmniej szansy na to, żeby ten biznes ruszył. Czy też w jakiś sposób się damy pomysł zadział.

Przy czym mówiąc tutaj o pomyśle na biznes, ja może trochę bym rozszerzył to. Nawet nie zawsze chodzi tu o takie bezpośrednio zarobienie na czymś, ale częściej mi chodzi o to, żeby dana rzecz zaistniała. Wie Pan zdarzyło mi się już w życiu, że pomysły na biznes zostały mi, przepraszam, jeśli zabrzmi to traumatycznie, ale ukradzione. I ona gdzieś zaistniały. Ktoś coś podchwycił z moim inspiracji, albo nawet wręcz skopiował dany pomysł na biznes i go zrealizował. I oczywiście jest frustracja. Frustracja, bo podzieliłem się czymś, co było jakimś elementem mojej intymności, można powiedzieć moim dzieckiem, a zostało to po prostu brutalnie skradzione i wykorzystane do czyjegoś sukcesu finansowego.

Ale potem robi się trochę inna refleksja, ale Mój Boże, ale dzięki temu pojawiła się na przykład jakaś nowa usługa, czy pojawiły się pojawiła się jakaś nowa wartość, której wcześniej nie było. I to to jest jakimś takim, to nie jest hipokryzja, naprawdę pocieszeniem. To jest jakąś taką radością. A zatem odpowiadając na Pana pytanie. Niestety ulegam pokusie i zawsze próbuję coś, co mi się nowego w głowie zrodzi, zrealizować. I wtedy albo realizuję całkowicie, albo w części, albo w ogóle nie. Pomysł spala na panewce. Dlatego, że nie mam na przykład partnerów, albo dlatego, że ja dostrzegam coś, czego ktoś inny jeszcze nie widzi. I wtedy dalej szukam następnych pomysłów. A w życiu niewątpliwie mam co robić, tak to prawda.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Dziękuję również. Dziękuję i pozdrawiam wszystkich, którzy słuchają i uczestniczą w tej inicjatywie Biznestata.

Podobne audycje:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *