Mentor dla własnego dziecka – Dariusz Urbaś – BT27

Dariusz Urbaś

Linki:

Książki:

Stanley, Danco – Sekrety amerykańskich milionerów

Lista tematów:

  • Mentor dla własnego dziecka: 0’26”
  • Intuicja w biznesie: 8’00”
  • Jak rozpopznać oszusta: 11’06”
  • Duży klient w firmie rodzinnej: 17’17”
  • Jak postępować z bankami: 22’41”
  • Jak być przygotowanym na pozytywny i negatywny scenariusz: 27’14”
  • Jak zachować rodzinę: 34’24”
  • Relacje ojców do dzieci: 38’59”
  • O dywersyfikacji: 45’17”

Transkrypcja rozmowy:

Artur Pranga: Gościem dzisiejszej audycji jest Dariusz Urbaś, prezes rodzinnej firmy budmater.pl. Firma zajmuje się produkcją, sprzedażą stropów, schodów i balkonów prefabrykowanych. Jest Wykładowcą i Członkiem Rady Programowej Uczelni ASBIRO. Jest również mentorem programu Early Warning.

Dzień dobry Dariuszu!

Dariusz Urbaś: Dzień dobry Arturze. Witam cię serdecznie.

Mentor dla własnego dziecka

Wiemy wszyscy, że masz swoje historii przejście od bycia przedsiębiorcą do, przynajmniej oficjalnie, bycia pomocą w firmie dziecka. Jak sobie z tym radzić? Jak być więcej mentorem, być więcej pomocą, być więcej wsparciem, niż samemu stwórcą wszystkiego?

Rzeczywiście moja kariera jako przedsiębiorcy zaczęła się również w jaki sposób przez rodzinę. Dlatego, że 22 lata temu, właściwie 23 lata temu moja żona pewnego pięknego ranka poinformowała mnie, że będziemy mieć drugie dziecko. Właściwie wtedy poszedłem do pracy i doszedłem do wniosku, że nie stać mnie już na to, żeby pracować u kogoś.

To był rok 1997, były ciężkie czasy, których dzisiaj wiele osób nie zna. Nie było tak łatwo o pracę. Nie zarabiałoą się tak dużo nie wybierało się ofertami pracy. Zdecydowaliśmy się, że ja odchodzę z tej pracy i zaczynam być przedsiębiorcą. Żeby próbować sobie poradzić w tych nowych okolicznościach przyrody. Poszedłem do swojego pracodawcy i powiedziałem, że od dzisiaj nie będzie Pana na mnie stać, w związku z tym ja odchodzę. To był taki dzień kluczowy, w którym stałem się przedsiębiorcą.

Właściwie można powiedzieć, że tak jak w tym dniu, w którym moja żona powiedziała mi, że jest w ciąży i będziemy mieć dziecko kolejne. To jest cały okres 22 lat, w którym w jakiś sposób prowadzimy firmę rodzinną. Ta osoba, która wtedy się miała urodzić, ona dzisiaj jest naszą główną postacią, tą córką, tą osobą, która dzisiaj jest zarówno właścicielem, jak i współprowadzącą firmę. Osoba, która w dużym stopniu nie tylko mi pomaga, ale jest osobą, która prowadzi wraz ze mną tą firmę. Więc moja pozycja dzisiaj nie jest czysto przedsiębiorcy, nie jest czysto pomocnika, nie jest czysto mentora. Łączy w sobie te wszystkie role w zależności od potrzeby. Ten moment, taki dla nas, takich momentów oczywiście było wiele.

Między innymi nasza trudna sytuacja, którą przeszliśmy wspólnie z całą rodziną. To było w okolicach 2009 – 2010 roku, w którym mimo bardzo dobrych wyników w firmie i nagród, które otrzymywaliśmy, dostaliśmy kilka ciosów z zewnątrz. Zarówno od nieuczciwych kontrahentów, jakby wspólników, od banku. To spowodowało wiele trudnych sytuacji życiowych, które przeszłyśmy jako rodzina. Córka z nami też przeszła.

Mimo tych wszystkich doświadczeń ona nadal nie tylko wykazywała takie zdolności, że może być przedsiębiorcą, ale również tego chciała. Od dzieciństwa widziałem w niej rolę taką, którą nazwałbym przedsiębiorcę. Bo w szkole była tą osobą, dzięki której mogły się odbywać wagary. Czy wszystkie złe rzeczy, które trzeba było zorganizować, to moja córka była w tym bardzo dobra i miała takie predyspozycje.

Natomiast te kolejne takie przełomowe momenty, to było okolicach kiedy kończyła szkołę średnią i powiedziała: „Tatuś, jak chce prowadzić firmę, ja chcę mieć firmę”. Na początku próbowała założyć sklep internetowy. Założyła ten sklep. Ten sklep nawet zaczął przynosić dochody. Ja wtedy zajmowałem się z moją małżonką tą działalnością, którą teraz się zajmujemy, w mniejszym trochę zakresie. W pewnym momencie córka uznała, że zakres jej pracy jest tak tak słaby i tak mało rozwijający, że chce prowadzić ją z nami.

Właściwie można powiedzieć, że od tego momentu już jesteśmy cały czas razem, prowadzimy to wspólnie. Z każdym dniem, z każdym tygodniem, miesiącem moja córka przyjmuje więcej odpowiedzialności. Coraz więcej rzeczy zabiera mi, żeby mogła samodzielnie prowadzić firmę. Oczywiście z moim ogromnym wsparciem.

Jedną z takich rzeczy związanej z mentorowaniem, to była taka sytuacja kiedy zaangażowałem się w Early Warning. Tam pomagałem przedsiębiorcom w kłopotach. Miałem nawet i frajdę i poczucie takiego spełnienia, że pomagam ludziom, którzy mają kłopoty. Ale również takie poczucie, frajdę, że były w tym jakieś sukcesy. Że udawało mi się pomagać tym ludziom na tyle, że z biznesów, które były albo zniżkujące, albo mało sprzedawali, albo coś się nie udawało. Przy naszej współpracy, ale również innych osób, udawało się tym osobom podnieść ten swój biznes na wyższy poziom.

Mieliśmy taki pomysł, żebym ja był mentorem takim zawodowym. Czyli żebym mógł żyć z mentorowania. I nawet już mieliśmy pierwszych klientów, zaczęliśmy ich obsługiwać. Ci klienci uświadomili mi jedną, bardzo ważną rzecz, która była takim kamieniem milowym, który spowodował, że Hania dzisiaj jest w tym miejscu, gdzie jest i nasza firma jest w tym miejscu, gdzie jest. Mianowicie problem z nami jako przedsiębiorcami jest taki, że trudno jest odbierać rady od innych. Trudno jest uznać, że się mylimy, że źle robimy. Niezależnie od wysiłku, jaki mentor wkłada w to, żeby ten przedsiębiorca poradził sobie, żeby był lepszym przedsiębiorcą, żeby jego biznes rósł, to na końcu i tak odpowiedzialność jest po stronie przedsiębiorcy.

I jeśli on nie współpracuje i nie wykazuje takiej radosnej zgody na zmianę. Takiej chętniej zgody, to trudno prowadzić tak naprawdę proces zmian. Wtedy dzięki tej pracy mentorskiej dla obcych uznałem, najpierw ja, a potem z Hanią, że dobra. Zamiast mentorować obcych, nawet za pieniądze, lepiej, żebym włorzył cały swój wysiłek w mentorowanie mojej córce i moim dzieciom.

To był ogromny kamień milowy w naszym przedsiębiorstwie. To spowodowało, że Hania od rzeczy najmniej ważnych, najmniej istotnych, zaczęła zajmować się teraz bardziej ważnymi sprawami. Dzięki temu może tej odpowiedzialności przenieść na siebie coraz więcej. Tak jak powiedziałem tych kamieni milowych było kilka i wszystkie one spowodowały, że prowadzimy biznes wspólnie. Że razem z moją małżonką, z córką i innymi dziećmi również, bo mamy jeszcze dwójkę kolejnych. Łącznie mamy tych dzieci sztuk trzy. Radzimy się przy niektórych decyzjach, jak inne dzieci i nasza rodzina uważa uważa. Co trzeba zrobić, a czego nie robić.

Te trudne doświadczenia przeszliśmy wszyscy. One były na tyle trudne i na tyle mocne, że takie piętno odbiły na naszych sercach i umysłach. Dla innych, którzy nas obserwują i którzy rozmawiają z nami, tak to też widzę na Mastersach, kiedy opowiadam, jaki mam problem, na przykład mentalny, żeby przekroczyć jakąś barierę, która dla mnie jest dużą barierą, wynikające z mojego negatywnego doświadczenia. Dla nich jest to coś prostego i się dziwią, że my tego nie robimy. Bo właśnie te negatywne doświadczenia czynią nas tym, kim jesteśmy dzisiaj. One nas czasami ostrzegają, czasami za bardzo nawet ostrzegają. Nawet za bardzo zatrzymują. Stąd potrzebuję kontaktu z innymi po to, żeby te swoje ograniczenia, które mam, które mnie czasem ratują, czasem nas zatrzymują, żeby to jakoś równoważyć, balansować.

Intuicja w biznesie

Jak odróżnić te wewnętrzne ostrzeżenia, głosy, które nas ratują od tych, które nas będą zatrzymywać? Jest na to jakiś sposób?

Nie wiem, czy jest sposób, ale w naszej historii była taka sytuacja w której moja żona ostrzegała mnie przed człowiekiem, który nas ostatecznie załatwił. I ona mi wyraźnie mówiła, że ona mu nie ufa. Ja zbagatelizowałem to je odczucie. I jeśli czegoś się nauczyłem z tego naszego doświadczenia, to słuchać moich dziewczyn, czyli mojej żony, mojej córki. Wsłuchiwać się w ich odczucia. Ja mam bardziej umysł analityczny. Umysł, który patrzy na fakty, na liczby, na cyfry.

A one jednak mają w sobie pewnego rodzaju intuicję. Już nawet z Hanią przekonaliśmy się kilkukrotnie, że gdybyśmy nie posłuchali tego odczucia, które miały, to byśmy też wtopili w kilku miejscach. Czyli staram się tak prowadzić firmę, żeby słuchać tego, co do mnie dziewczyny mówią. To jest dla mnie taki wentyl bezpieczeństwa. Czyli nawet jeśli ja jestem pewien, że coś jest właściwe, to pozwalam dziewczynom, żeby one mogły współdecydować. Czyli żeby mogły mi powiedzieć swoje zdanie, a nie tylko po to, żeby mogły odfajkować: „No, powiedziałyśmy”, tylko żebym mógł się nad tym zastanowić.

I staramy się decyzje tak podejmować, żeby one były w zgodzie. Czyli nie na takiej zasadzie, że ja, jako przywódca decyduje. Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Właściwie tylko w chwilach zagrożenia, kiedy nie ma czasu na długie debaty, na przemyślenia, tylko gdy ratujemy życie, albo zdrowie. Ale w normalnej działalności zwykle jest czas. Nie jest go dużo, ale zwykle jest czas, żeby przemyśleć pewne decyzje.

Nawet odroczenie jakiejś decyzji, gdy nie mamy pokoju takiego wewnętrznego, tego właśnie odczucia w rodzinie jest czasami bardzo dobre i ratuje zdrowie, ratuje przede wszystkim finanse, ratuje biznes. Czyli nie potrafię powiedzieć takiej ogólnej zasady. Ale w tym słuchaniu tego odczucia, słuchaniu tych niepokojów, słuchaniu tego wrażenia jest dla nas pewnego rodzaju drogowskaz. Liczby nie wszystko potrafią pokazać. Plany nie wszystko potrafią pokazać. Coś przemyślanego nie potrafi zauważyć niuansów. Ale strserce człowieka ma jakieś takiego rodzaju zdolności, aby wyczuwać człowieka, aby wyczuwać sytuację, by wyczuwać niepokój. Z jakiegoś powodu prawdopodobnie Pan Bóg dał nam takie możliwości odczuwania niepokoju, które jest dla nas zabezpieczeniem. Jeśli tylko szanujemy to, to wychodzimy na tym dobrze. Tak bym to na tym etapie zostawił.

Jak rozpoznać oszusta?

Dostaliśmy informację, że w pewnym momencie, jako firma natknęliście się na człowieka, który was wprowadził na minę, na duży problem. Jak rozpoznać sygnały ostrzegawcze w kontakcie z człowiekiem, który jest bardzo przyjacielski, długi czas zmiękcza, aby potem zafundować duże tarapaty? Czy tu są wystarczające te sygnały ostrzegawcze od intuicji kobiet?

No dzisiaj bym powiedział, że one w ważnym sygnałem, ale czy wystarczającym, to bym tak nie potrafł powiedzieć. Wtedy gdybym posłuchał intuicji, to by mnie to uratowało. Pytanie brzmi: czy zawsze to tak działa, że intuicja nas informuje? Niekoniecznie. Z całą pewnością ten człowiek wykonał dużo pracy, żeby nas poznać. Zwłaszcza mnie i moje wartości, to kim jestem, co cenię w życiu.

Właściwy sposób argumentacji różnych rzeczy które mnie wabiły, wabiły, wabiły był tak dobrany, że moja tarcza obronna została unicestwiona. Normalnie bym pewnie myślał inaczej, ale on dokładnie mnie znając potrafił zneutralizować te funkcje u mnie, które by pozwoliły mi na to, żeby zobaczyć, że wchodzę w tarapaty. To nie jest takie proste. Dzisiaj jak bym na to patrzył? Oczywiście od tego czasu miałem jeszcze 2 takie przypadki ludzi, którzy, ja nie wiem czy oni chcieli mnie szukać. Ale zauważyłem bardzo podobnie symptomy podczas rozmów, podczas tego, jak jak się ze mną obchodzili.

To nie było oczywiście powtórzenie jeden do jednego. Ale symptomy były podobne. Na przykład ktoś, kto oferuje duży zarobek. Czyli jak go nie pytam o to, czy moglibyśmy zarobić. Nie wchodzimy w interakcje w sposób naturalny, tylko jest to jakieś nagłe wydarzenie, które może być nawet przygotowywane przez dłuższy czas. Ale jednak jest moment, w którym można na przykład zarobić dużo pieniędzy.

W tamtym przypadku jeszcze było tak, że ja się zastanawiałem, właściwie po co ja mu jestem potrzebny. Bo on to wszystko, co będziemy robili wspólnie, mógłby robić beze mnie. Więcej: miał do tego umiejętności, miał ludzi miał wszystko, co jest potrzebne, ale z jakiegoś powodu uwierzyłem w to, że ja jestem mu potrzebny. Być może dobrze byłoby widzieć to tak wyraźniej. Czy ja naprawdę jestem potrzebny temu człowiekowi? Czy naprawdę on nie mógłby tego ogarnąć beze mnie. Powinna się zapalić wtedy czerwona lampka, a przynajmniej pomarańczowa. Ktoś chce mi dać część swojego zarobku pomimo tego, że właściwie nie jestem mu potrzebny w tym, żeby on to zarobił.

Czyli po co ma się połową dzielić, jeśli on jest w stanie wszystko ogarnąć. Argumentacja pod tytułem, że ja chcę się dzielić pieniędzmi z ludźmi, że ja jestem zmęczony i nie chce robić wszystko samemu, że chcę rozłożyć odpowiedzialność i wysiłek na dwóch ludzi, jest dzisiaj dla mnie za słaba. Wspólnik musi przynieść wartość taką której nie da się kupić na rynku. Wiele kompetencji, czy pieniądze, czy znajomości, czy jakieś umiejętności da się kupić na rynku.

Są ludzie, którzy posiadają kompetencje, posiadają tą wartość, której potrzebujemy, którą można kupić. Kupić nie oznacza, że dać łapówkę. Tylko kupić w sensie zapłacić za oddanie tej kompetencji, tej umiejętności, tej wartości której potrzebujemy. Wspólnik natomiast powinien być kimś, kto daje wartość, której albo nie da się kupić na rynku, albo jest to bardzo trudne, by to kupić. Dla mnie w ogóle wchodzenie w tej chwili w spółkę mogło by mieć sens tylko w sytuacji, w której ta wartość jest czymś, czego ja sam szukam. Widzę, że w naszej organizacji brakuje nam jakieś wartości, której nie mogę kupić. Której nie mogę zdobyć na rynku poprzez zwykłą transakcje umowy o pracę, albo umowy między przedsiębiorcami. Tylko musiałbym uzyskać taki wzrost wartości którego nie da się otrzymać bez wspólnika.

To jest dla mnie łatwe do powiedzenia, ale jest to trudne do zobaczenia. Bo właściwie, gdyby tak się nad tym głębiej zastanowić, to jak wiele z kompetencji, których nie da się kupić? No właśnie nie ma tak wiele. Większość kompetencji, większość braków da się kupić. Wiele osób chce mieć wspólnika dlatego, że ma braki w pieniądzach, ma braki w poczuciu własnej wartości. To może dać wspólnik. Ma braki w poczuciu własnej godności, ma braki organizacyjne, braki w narzędziach. Ale właściwie to wszystko w jakiś sposób da się kupić. Więc co musiałb dać wspólnik takiego, czego nie da się kupić. Na tym bym sugerował wszystkim, którzy chcą wejść w spółki, by się nad tym najbardziej zastanowili.

Czy na pewno to, co ten wspólnik mi oferuje, ja tego nie mogę kupić na rynku. Czy to, czego on oczekuje ode mnie jest czymś, co on mógłby sobie kupić za dużo mniejsze pieniadze. Stąd do wszelkiego rodzaju spółek, niezwykłych kontraktów, niezwykłych umów jesteśmy bardzo ostrożni. Wiele razy przeglądamy takie zapytanie, taką przez kogoś wyartykułowaną. Czy rzeczywiście tego potrzebujemy? Czy naprawdę on bez nas sobie nie może poradzić? Bo jeśli on może sobie bez nas poradzić, no to po co my jesteśmy? Po co jestem komuś, kto radzi sobie w biznesie beze mnie?

Można to oczywiście uargumentować. Dla panów najczęściej argumentacja, jeśli jest dobrze wyartykułowana, może trafić do ich umysłu. Wtedy ta intuicja się przydaje. Dobrze jest zabrać ze sobą na takie swoją żonę, swoją córkę, ja mogę zrobić. Żeby poobserwowały, żeby powąchały, w cudzysłowie, tego człowieka. Spróbowały dotrzeć do takich głębin, których dla nas, dla facetów, jest trudniej dostrzec.

Duży klient w firmie rodzinnej

Skoro jesteśmy przy dużych okazjach na pieniądze, poruszmy temat sprzedaży w firmie rodzinnej. Przychodzi klient, mówi, że ma pewną potrzebę. Oferta na całość dzisiaj, realizacja pierwszej części zamówienia wczoraj, a zapłaci za 60 dni. Dodatkowo oferta równa obrotowi za ostatni rok firmiy. Co robić takiej sytuacji?

Wiele osób rzeczywiście mogłaby natychmiast, gdy tylko takie coś otrzymają, zobaczą mógliby natychmiast chcieć z tego skorzystać. Bo zakładam, że jeśli jedna robota, jedna usługa, jedna sprzedaż to jest roczna sprzedaż, roczny obrót tej firmy, to zakładam, że to duże, albo te obroty nie są aż tak duże, żeby pozwoliły utrzymać się z tego biznesu.

Czyli mamy brak, duży brak Wtedy takie duże zlecenie, sięgające połowy całości obrotu, jest łakomym kąskiem. Więc to, że my nie robiliśmy do tej pory takich dużych zleceń. Nie mówię o nas, tylko my w kategorii firm rodzinnych, które nie robiły takiego wielkiego zlecenia jak roczny obrót. To może być kilka powodów. Po pierwsze nasza organizacja nie jest przygotowana, nie jest nauczona. Czyli nasza organizacja nie potrafi robić takich dużych tematów, a prawdopodobnie robi wiele mniejszych.

Duże tematy mają zupełnie inne prawa, zupełnie inaczej się je rozgrywa, realizuje. Dużo większe ryzyka, dużo więcej trudności, dużo więcej doświadczenia jest potrzebne, żeby sobie z nimi poradzić. A to, że jeszcze chciałby zapłacić za to za 60 dni, a dostać towar dzisiaj, to jest kolejny trudny moment dla firmy rodzinnej. Prędzej czy później trzeba będzie to sfinansować. Czyli najpewniej trzeba będzie zapłacić za to coś, za usługę, którą trzeba było w to włożyć, za towar, który który trzeba było tam dostarczyć, za produktów które trzeba było aby zrobić produkty. Zapewne trzeba będzie zapłacić za to wcześniej, niż faktura z datą wymagalności. Więc to jest kolejny taki moment, w którym bym się bardzo zastanowił czy bym to chciał.

Ale nie odrzucałbym tego tak od razu w ciemno. Bo być może potrafiłbym ubezpieczyć tą transakcję, sensownie. Może potrafłbym ją zabezpieczyć finansowo sensownie z pomocą prawnika i twardyzh zabezpieczeń. Więc jeśli bym potrafił to zrobić, to bym tego nie odrzucał. Czyli to nie jest tak z mojego punktu widzenia, żeby od razu w czambuł odrzucać takie oferty. Ale nie podpalać się tym, nie podniecać się też niepotrzebnie. Traktować je spokojnie. Wyjdzie, to wyjdzie. Jak nie wyjdzie to nie wyjdzie.

U nas w firmie na przykład ja zajmuje się sprzedażą. Ale zajmuję się się sprzedażą tylko pewnego segmentu produktów, czyli tylko tych, które mają największe ryzyko co do wartości. Tam, gdzie jest duża wartość, jest potencjalny zarobek, bo jest duża wartość nawet, jeżeli robi się to na bardzo małej marży, to i tak jest to w sumie dużo, jeśli to są duże liczby. Ale to obarczone ogromnym ryzykiem. Tam niewielki błąd powoduje, że cały potencjalne zarobek jest po prostu utopiony.

Nasi pracownicy, którzy są w sprzedaży, oni zajmują się, te osoby, bo to są dziewczyny, klientami mniejszymi, gdzie jest mniejsze ryzyko. A ja ogarniam tylko duże tematy. Przez to mam ich mniej, ale mam czas, żeby ci się nad nimi zastanowić, żeby przemyśleć, niektóre odrzucić. Na niektórych się nie dać złapać. Czyli to doświadczenie, żeby się nie dawać złapać po prostu dużym liczbom. Bo kiedyś się dałem złapać na duże liczby, to mnie nauczyło, że mam jakiś dystans do tych dużych liczb. Tak, tak, ja rozumiem. Oczywiście, tak, tak, tak, szanuję pana, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. A dziewczyny ogarniają mniejsze sprzedaże. Dzięki temu mamy cały czas płynność, cały czas mamy dużo zleceń. Szanujemy tych małych, na nich stawiamy. A ja dzięki temu mam czas na to, żeby zajmować się dużymi. Jak wyjdą, to fajnie. Jak nie wyjdą, to też się nic nie stanie.

To podejście, które pozwala odmawiać, jest wielkim komfortem w biznesie. Bo nie chodzi o to, by odrzucać dużo rzeczy, tylko chodzi o to, żeby móc pracować cały czas nad małymi. Dzięki temu organizacja podnosi swoją wartość, swoje kompetencje, swoje zdolności do przeprowadzania coraz większych operacji. I wtedy coraz bardziej, coraz większe inni mogą przejmować i nasza organizacja też będzie w stanie wtedy inne większe tematy przejmować.

Stąd dla mnie ten rozwój, zwłaszcza firmy rodzinnej, on powinien być z jednej strony szybki, czyli nie ma czasu na strawcenie. Trzeba wykorzystać chwilę którą mamy i dać korzyść rodzinie i firmie. Ale z drugiej strony powoli. Czyli jeśli nie mamy zbyt dużo kredytów to prawdopodobnie nie musimy się rozwijać tak, jak ktoś nam każe. Tylko możemy się zgrać bardziej w sposób organiczny, a przez to bezpieczniejszy dla nas. Ważne, by pilnować kosztów, by sprzedaż generwowała takie zyski, które umożliwiają spokojne życie bez napalania się na wielkie tematy.

Jak postępować z bankami?

Padło słowo kredyt. Biznesmen idzie do banku, a tam słyszy: „Będzie dobrze, Pan tu tylko podpisze”. Jak postępować z bankami?

No z bankami to takie proste to nie jest. Silne są dlatego, że potrafią sobie poradzić w takich sytuacjach. Często, nie zawsze oczywiście na szczęście. Ale często potrafią sobie poradzić. Mają do tego wielu prawników, przygotowane umowy, drobne druczki, poczucie swojej władzy. Często nawet słuszne. Przychylność państwa, możliwości wpływania na na życie człowieka, zrujnowanie mu życia, straszenia go również. Więc to nie jest łatwe. Rozmowa z bankiem nie jest łatwa.

Zwłaszcza, że jeżeli chcemy iść po kredyt, to zakładam że przychodzimy po kredyt wtedy, gdy nie mamy pieniędzy. Bo gdy chcemy się rozwijać, potrzebujemy na rozwój tych pieniędzy. Stąd panuje takie poczucie, że albo nie korzystam z kredytu i rozwijam się powoli, albo korzystam i ryzykuje. Więc jak już przejmujemy na siebie tą drugą drogę, że chcemy w taki sposób się rozwijać, to potrzebujemy kredyt. Pomijajac takie kredyty, w których my bierzemy je po to, żeby zapchać dziurę, to bardziej bym się zastanowił, czy w ogóle jest sens kontynuować tą działalność.

Jeśli miałbym prać kredyt po to, żeby się uratować. Bym się nad tą dwa razy zastanowił. Czy rzeczywiście potrzebuje kredyt tylko po to, żeby się uratować. Złe zarządzanie, słaba sprzedaż, zbyt duże koszty. Wszystko, co spowodowało, że moja sytuacja biznesowa jest słaba. Zawalenie to słabości dodatkowym pieniądzem raczej tej firmie nie pomoże. Czasami bieda jest lepszym nauczycielem. Wtedy ten pieniądz obracamy wielokrotnie w ręku, zanim go wydamy. Wydaje mi się, że czasem lepiej jest po prostu sprzedać to coś, co się ma, zmienić coś w sposobie zarządzania firmy, niż brać kredyt.

Ale jeśli już musimy ten kredyt wziąć z jakiegoś powodu, no to nie jest tak łatwo negocjować z bankiem, który daje kredyt osobie, która do niego po ten kredyt przychodzi i podstawia mu pod nos papiery, które on musi podpisać. Bo jeśli ich nie podpiszemy, to kredytu nie będzie. No oczywiście można można powiedzieć: „Trzeba było negocjować”. No, ale to może powiedzieć człowiek, który prawdopodobnie takiego kredytu dużego nie brał. Banki nie są w ciemię bite i chcą mieć zabezpieczenie jak najtwardsze przy takich dużych pieniądzach. No i teraz pytanie: czy to twarde zabezpieczenie, które zabezpiecza interesy banku jesteśmy w stanie w stracić. Czyli podchodząc do kredytu trzeba mieć świadomość, że to, czego oni ode mnie żądają, to tak naprawdę mogę stracić.

Więc tak, jak jest w Biblii napisane, że jak ktoś chce od Ciebie pożyczyć płaszcz, to oddaj mu i suknię. Czy jak ktoś chce od Ciebie jedną rzecz, to daj mu i drugą. Jeśli bierzemy pieniądze z banku, to trzeba się liczyć z tym, że stracimy te pieniądze, które bank mam pożyczył. Pieniądze, które dostajemy zbyt łatwo, wydajemy je zbyt łatwo i wydajemy je w sposób często nielogiczny. Bo nas stać, bo nie zapracowaliśmy na te pieniądze. Wtedy zakupy są mniej przemyślane, niż gdy wydajemy pieniądze, które sami zarobiliśmy. Ale pieniądze trzeba zwrócić swoje, już zarobione. Jeśli popełni się błąd w tej pierwszej warstwie, czyli źle ulokuje się ten kapitał, no to bardzo trudno już z braku zrobić jeszcze większy pieniądz.

Kredyt traktował bym w kategoriach ostateczności. Czasami lepiej wziąć wspólnika. Jest wiele miejsc, w których można pożyczyć pieniądze na rozwój biznesu. Wtedy dodatkowo mamy kogoś, kto przynajmniej nas pilnuje. I to inaczej niż w banku, żebyśmy tych pieniędzy nie zniszczyli, nie zderfraudowali, czy nie zużyli w niewłaściwy sposób. Czasem byłoby lepiej nawet tak zrobić. To nie jest łatwo rozmawiać z bankiem. Nie wszystko możemy w umowie zawrzeć, co byśmy chcieli, ale oczywiście da się rozmawiać. Czyli banki również muszą mieć sprzedaż, również mają swoje limity, mają swoje plany. Oni tej sprzedaży też potrzebują, bo dla nich ostatecznie też to jest dobry zarobek na tych kredytach. Więc jest jakieś pole manewru, ale trzeba być tutaj bardzo, bardzo ostrożnym.

Jak być przygotowanym na pozytywny i negatywny scenariusz

Co zrobić, aby prowadząc firmę być w równym stopniu przygotowanym zarówno na negatywny jak i na pozytywny scenariusz?

To jest ciekawe pytanie, bo najczęściej gdy myślimy o tym, na co mamy być przygotowani to myślimy o wariancie negatywnym. Więc co, jak będzie dobrze, to będzie fajnie, prawda. Jak tu sie przygotować, jak będzie fajnie.

Natomiast moje doświadczenia i obserwacja innych uczy mnie, że zarówno scenariusz zły, jak i bardzo dobry nie jest łatwy do przejścia. Bo łatwo jest zrozumieć gdy brakuje pieniędzy, gdy nie idzie dobrze. Łatwiej zrozumieć, że trzeba było być na to przygotowanym. Każdy jakąś tam świadomość tego ma. Czy to realizuje, to jest inna sprawa, ale jakąś świadomość ma. Żeby być zabezpieczonym na złe dni. Ale zabezpieczonym na dobre dni, w których jest dużo pieniędzy, dużo zleceń, to już jest wyższa szkoła jazdy.

Bo w firmie, w której jest dużo zleceń, która nie jest na to przygotowana, albo zbyt duże zlecenia, albo zbyt szybki rozwój, to tworzy tak wielkie, ogromne zamieszanie, że firmy mogą sobie z tym nie poradzić. Albo popełniono ogromne błędy w realizacji tych zleceń, które będą kosztowne, albo nie dotrzymałją terminów, co spotka się z jakimiś karami umownymi, albo czymś takim. Albo w ogóle zawalą te tematy z różnych powodów. Więc ten duży rozwój firmy i sukces czasem jest podstawą do upadłości, do upadku.

My również przed tym, nim upadliśmy, otrzymaliśmy nagrodę NEWSWEEK-a dla najdynamiczniej rozwijającej się firmy mikro w województwie opolskim. Więc mieliśmy dzień chwały, czyli ogromny rozwój, piękny rozwój, taki, który nam klaskali ale za to. A za nim przyszła klęska. Czyli sukces daje takie poczucie zajebistości, takie poczucie nieśmiertelności, poczucie tego, że ja wszystko mogę, że mi się udaje bo jestem mądry. Taki jestem i na to zasługuję. On zaślepia oczy. Sukces zaślepia oczy. Powoduje, że tracimy taką skromność i poczucie takiego dbania o szczegóły i trwania poczuciu zagrożenia, że to zagrożenie może się pojawić.

To widać po rozmowach z ludźmi, przedsiębiorcami, którzy mają sukcesy. Czasami trudno jest w ogóle wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie, bo ten kto ma więcej pieniędzy po prostu na poczucie takiej wielkiej zajebistości i mądrości, że jest gotów opowiadać o każdej sprawie, która się dzieje na świecie i mieć do tego poczucie, że ma rację. To bardzo łatwo wyłapać w takich chwilach,gdy się rozmawia z niektórymi przedsiębiorcami. Po prostu poczucie tak wielkiej mądrości, bo zarobiłem pieniądze, w związku z tym mam patent na wiedzę o wszystkim i mądrość w każdym aspekcie: politycznym, gospodarczym, społecznym, sportowym, lekarskim, medyczny. Każdym, każdym. Wszystko wiem bo ja zarobłem pieniądze, więc wiem wszystko. Ta pycha stoi zawsze przed upadkiem. Czyli jest pycha, jest wielki sukces i dobrze się zabezpieczyć.

Czy ten właściciel, czy ten prezes, żeby nie mógł robić wszystkiego, mimo, że przyniósł nam wielkie osiągnięcia, że jego polityka, jego sposób działanie i funkcjonowania spowodował, że firma się pięknie rozwinęła. To nie zwalnia rodziny, osób które są współwłaścicielami firmy, czy współprowadzących, żeby nie pilnować. Nikt nie ma patentu na wiedzę i mądrość o wszystkim. Każda mądrość, którą ktoś nawet miał i zrobił dobrze, ona była mądrością tak naprawdę tylko czasową. Bo w tym czasie, w tym momencie zrobił tak, jak trzeba i wyszło tak, jak trzeba. Ale każdy inny, który by zrobił nawet dokładnie to samo, ale innym momencie, w innych okolicznościach, okazałoby się, że to już nie wychodzi.

W związku z tym oprócz swojej własnej zajebistości jest jeszcze tak wiele czynników, które od nas nie zależną, a które mają tak ogromny wpływ na sukces lub porażkę, że trzeba być zawsze skromnym. Zawsze mieć takie poczucie, że dobra, idziemy do przodu, fajnie, fajnie, jest super, ale spokojnie, spokojnie. Nie ekscytujmy się niepotrzebnie. Nie afiszujmy się tym. Bardzo spokojnie trzeba ten biznes dalej prowadzić, nie świrować z zakupami, nie świrować z wydatkami, z samochodami w leasing. Popisywaniem się przed klientami, przed inymi. Po prostu cały czas skromnie, normalnie.

Wielcy ludzie, wielcy w sensie takich milionerów, nawet w Ameryce, o czym widać książce Sekrety Amerykańskich Milionerów, to są ludzie, którzy są niewidoczni dla innych. Gdy inni patrzą na takiego bogatego człowieka, bogatą rodzinę, która z zapracowała na ten majątek, często przez wiele pokoleń, to oni nawet nie wiedzą, że mieszkają koło takich milionerów. Nawet nie zauważają tego, bo ci milionerzy żyją normalnie. W sposób niewidoczny konsumują swoje bogactwo, a tak naprawdę zajmują się nie konsumpją, tylko zbieraniem, gromadzeniem, pomnażaniem. Więc ten sukces jest wielkim problemem i trzeba być na niego przygotowanym. A do tego potrzebny jest fundament, czyli to może wyjść z domu, to może wyjść z rodziny. Ale mieć taką świadomość cały czas, że sukces nie jest na zawsze.

Trzeba się również go obawiać, być na niego przygotowanym i się zabezpieczyć przed tym, żeby tego nie rozwalić. Tego sukcesu, który przychodzi. I to jest moje przesłanie w tym, jak rozróżnić przygotowanie na sukces lub na porażkę. Na porażkę oczywiście też trzeba być przygotowanym. Porażka bo inaczej. Porażka boli o wiele bardziej, bo porażka nie ma w sobie tego elementu triumfu. Tylko od razu jest ten element głębokiej rozpaczy, bo tak może być.

Głęboka rozpacz. Rozpad małżeństwa, rozpad firmy. Rozpad życia zawodowego wielu ludzi, którzy nam zaufali. To łatwo sobie wyobrazić, że się na to zabezpieczymy niekiedy zrobimy to dobrze, niekiedy zrobimy źle. Ale warto to na pewno zrobić. Ale sukces jest takim niewidocznym zabójcą, który oślepia człowieka. Powoduje, że przestaje słuchać innych. Dlatego cieszę się, że pracuję w firmie rodzinnej, w której moja żona i moja córka zwłaszcza, mają do mnie dostęp. Mogą mi zawsze powiedzieć, mogą mnie skrytykować, mogą zatrzymać projekt, który robimy. Mogą powiedzieć, że tak nie róbmy. Nie wiem dlaczego, ale tak nie róbmy. Po to właśnie, żeby mnie wywalać pieniędzy nie potrzebnie, żeby nie ryzykować zanadto, żeby nie przyjmować zleceń które są zbyt duże. Tak bym to powiedział.

Jak zachować rodzinę?

Jak postępować, aby przy wszystkich perturbacjach, sukcesach i wstrząsach zachować rodzinę?

To na pewno nie jest proste. Ja nie wiem, jak zachować rodzinę przy sukcesie. Oczywiście mieliśmy jakiś sukces, ale to nie było na taką miarę, jak wielu innych, którzy tych pieniędzy mieli aż nadto. Nasz sukces był fajny, ale nie było jakiś nie wiadomo jaki. Nie wiem do końca, czy to wynika z naszego charakteru i tego jaką mamy rodzinę, czy to jest coś ogólniejszego, trudno mi powiedzieć. Nasi znajomi, którzy mniej – więcej w tym czasie co my mieli nawet mniejsze porażki, niż my, to ich małżeństwo się rozpadło.

A nasze dzięki Bogu przetrwało i trwa, i się rozwija. Nasza rodzina tak samo. Sukces i porażka, one są w czymś co bardzo testuje rodziny, związek, bardzo. Nie jest łatwo w rodzinie żyć 5-osobowej za 10 zł dziennie. To naprawdę nie jest takie łatwe. Jest trudno pomyśleć sobie, czy kupić chleb, czy kupić bułki, czy dzisiaj tylko chleb, a jutro tylko bułki. To nie jest takie łatwe. To może wywoływać poczucie, że można chcieć kogoś obwinić, kto popełnił większy błąd, lub nie zaangażował się tak, jakbyśmy tego oczekiwanli. U mnie na szczęście nie było takiego oskarżania.

Mieliśmy świadomość, że nasze decyzje były naszymi wspólnymi decyzjami. Niezależnie od tego, że ja miałem wtopę, bo zaufałem, to żona też miała świadomość, że mogła wtedy mnie przycisnąć bardziej, a tego nie zrobiła. Więc mieliśmy i mamy takie poczucie, że to jest nasza odpowiedzialność i wspólnie popełniliśmy jakieś błędy i nie obwinialiśmy się za to. Widziałem to, że małżeństwa, w których ludzie obwiniają się za trudności, to jest trudno się dogadać. Zwłaszcza, że to obwinianie może być słuszne. I tej drugiej stronie może być trudno się obronić, bo ma świadomość, że on ma rację, albo ona ma rację. Tym bardziej jest to trudne, bo wtedy można dotykać w takich kłutniach, takich niepowodzeniach takich rzeczy, kluczowych, które trudno później wymazać.

W sytuacji sukcesu, no wiadomo. Facet zaczyna latać za babami. Kobiety zaczynają sobie robić nowe cycki. Tego problemu nie znam i nie chciałbym go poznać. Chciałbym prowadzić biznes taki, w którym mamy radość z tego, co robimy, dajemy wartość klientom i zarabiamy przy tym pieniądze, ale niekoniecznie w taki sposób, żeby wszyscy wokół to widzieli. Utrzymać rodzinę w trudnościach nie jest łatwo. Sam do końca nie wiem, jak nam się to udaje. Może to wynikać z tego, że mam taką postawę, że mam to co mam. Nie będę miał innej. Przyjąłem takie założenie, że innej mieć nie będę. Taką będę miał. To jest moja drużyna i ja szanuję to, że mam taką właśnie rodzinę, a nie inną.

Czy ona jest lepsza, czy gorsza – nie wiem. Jest mi to całkowicie obojętne i nie zastanawiam się nad tym. Po prostu taką drużynę mam i to jest najlepsza drużyna, która mnie mogła spotkać i lepszej i innej mieć niż nigdy nie będę. Więc mogę włożyć w to wysiłek bo chcę, by ta rodzina się utrzymała, by była dalej zadowolona z tego, że jest razem.

Ten szacunek do drugiego człowieka jest kluczowy do tego stopnia że my nawet teraz, kiedy moje dzieci mają już po 25 lat, może nie w tamtym roku, ale wcześniej, byliśmy wspólnie na wakacjach. Czyli gdzie normalnie ludzie już nie jeżdżą na wakacje z dziećmi, my jeździmy na wakacje z dziećmi. Lubimy ze sobą być, przebywać. Przeszliśmy ze sobą trudne chwile, ale dzisiaj strać nas na to, żeby pojechać na wakacje, no to jedziemy. Z kim mamy jechać, kto nas rozumie tak, jak my siebie rozumiemy. Kto docenia to, że możemy prostu pojechać na wakacje. Że możemy po prostu być szczęśliwi.

Nikt tego nigdy tak nie doceni, jak ci z którymi przeszliśmy trudne chwile. Dlatego jestem takim zwolennikiem firm rodzinnych. Co prawda prowadzenie ich jest bardzo trudne, ale trudność największa, mi się wydaje, polega na tym, że mamy trudne charaktery. Jeśli trudno jest nam się dogadać tak po ludzku, to później trudno ten biznes później prowadzić. Nie mówię, że nam się zawsze to udaje. Oczywiście, że się też kłócimy i mamy swoje różnice zdań. Wydaje mi się, że to poczucie, że pracujemy dla siebie, bo podjęliśmy taką decyzję, bo tak to zostanie, bo innych nie będziemy mieli, bardzo pomaga.

Relacje ojców do dzieci

Czas na reklamę. Co polecisz każdemu biznestacie?

Ja mam kilka przełomowych momentów w życiu. Te momenty to były związane przede wszystkim z moim ojcem, który mnie ukształtował. Tato był już osobą dojrzałą, kiedy się urodziłem. Kiedy umierał mił 68 lat, ja miałem wtedy 20 lat. Nie spędzał ze mną nie wiadomo jak długiego czasu. Raczej traktuję go w kategoriach pewnego rodzaju nieobecności.

W chwilach gdy był, a właściwie gdy ja byłem z nim, tak naprawdę gdy ja byłem z nim, dał mi kilka drogowskazów w życiu. Jego słowa, te które pamiętam, które sprawiły we mnie głębokie zmiany. Nawet jeśli to nie były zmiany, które nastąpiły w tym momencie, ale po latach sobie uświadomiłem, jakie wywarły na mnie ogromny wpływ. Zauważyłem, że one uczymiły mnie w jakiś sposób tym, kim jestem.

Dam przykład. Kiedy kończyłem technikum, powiedziałem tacie, że kończę już technikum, będę miał dyplom, to było na miesiąc przed śmiercią taty. Tata mnie zapytał: „A co ty będziesz elektrykiem, to ty będziesz elektrykiem?” Czyli kończyłem 5 lat technikum mechanicznego, obróbka skrawaniem. Mój tata zapytał mnie, czy ja będę elektrykiem. Jego zaangażowanie w mój proces szkolenia, czy też nauki, był mniej więcej taki, że po pięciu latach nie wiedział czego ja właściwie się uczę. To jest jako jeden przykład.

My nie siedzimy z dziećmi nad lekcjami, nie zachęcamy dzieci do nauki. Dzieci mają wewnętrzną potrzebę. I to uczymy i tego chcemy wyrobić, żeby dzieci miały swoją wizję, swoje poczucie, że chcą rywalizować z innymi i zwyciężać. Stawiając sobie jakieś poprzeczki, to żeby samoistnie, własną pracą, własnym zaangażowaniem do nich docierały. Stąd ją nie zawsze widzę świadectwa moich dzieci, nie zawsze. Nie zawsze je widziałem. Nie wiem, czy nie pokazywały mi, czy ja się nie pytałem. Trudno mi powiedzieć. A moja córka najmłodsza, która ma 14 lat, skończyła teraz siódmą klasę, 3 lata pod rząd ma świadectwo z czerwonym paskiem. I nie dlatego, że jej za to coś dajemy, nie dlatego, że uczymy.

Po prostu uczę dzieci, żeby one chciały. By chciały być lepszym, chciały coś osiągnąć, chciały realizować to, co sobie zamarzyły, co zaplanowały. Ta wewnętrna motywacja jest najsilniejsza, bo ona jest trwalsza niż kupowanie u dzieci lojalności, kupowanie u nich zaangażowania. Lepiej jest, jak mi się wydaje, żeby w dzieciach wyrobić tą postawę, właściwą postawę do wygrywania. Jeśli chce coś zrobić, to po prostu to jest dla mnie, to nie ma motywować, ja zrobię wszystko, żeby to osiągnąć. Oczywiście w pewnych sytuacjach my możemy pomóc, ale nie na zasadzie takiej, że to ja chcę, żeby moje dziecko miało piątki.

Tylko ono chce czegoś osiągnąć i chce to zrobić z jakiegoś wewnętrznego, swojego powodu. Z sobie zrozumiałych powodów chce to uczynić. I stąd nasza rodzina, tak mi się zdaje, ma jakąś wolność wewnętrzną ze względu na to, że jakby to brzydko powiedzieć, prowadzimy dzieci w sposób taki, żeby one mogły realizować to, co czują, że jest najlepsze. Nie wszystkie dzieci z nami pracują w biznesie. Nie dlatego, żebyśmy nie chcieli. Po prostu nie wszystkie wykazują jeszcze na tyle takiej chęci. A ja uważam, że zrobią to, jak będą chciały. A jak nie będą chciały, to też są moimi dziećmi nadal. To jest taki drogowskaz, który mnie prowadzi.

Drugi, to jest też w Biblii napisane, że jakby parafrazuje w tej chwili „ojcowie nie dokuczajcie, nie rozgniewójcie swoich dzieci, nie powodujcie w nich gniewu”. Bardzo ciekawy tekst. My mówimy często, czy ludzie mówią o tym, żeby kochać swoje dzieci i je wychowywać, uczyć, powodować w nich wzrost. Kiedy zastanawiałem się nad tym, jeszcze jak byłem młodym człowiekiem, jeszcze nie miałem dzieci. I kiedy te dzieci już się zaczęły pojawiać, zastanawiałem się dlaczego tak ważne jest, żeby ojcowie nie rozgniewywali swoich dzieci.

Później to zrozumiałem. To nie jest od dzisiaj, od wczoraj, tylko od bardzo, bardzo dawna ojcowie mają skłonność do rozgniewywania swoich dzieci. Do wchodzenia z nimi w konflikty, do kpienia z ich ułomności. Do kpienia z ich niedomagań. Często widać, jak ojcowie kpią, nawet przy innych dzieciach, jak sobie z nim żartują. Jak dziecko coś zrobi, jak łacha drą z tych dzieci. I to był dla mnie taki drugi wielki drogowskaz, żeby zachować pokój z dziećmi.

Kiedy dzieci przychodziły przez okres dojrzewania, który był bardzo trudny, jak pewnie w każdej rodzinie, to ja miałem tylko jeden cel: żeby go w miarę przejść w taki sposób, żeby dzieci się chciały do mnie odzywać, kiedy im już to przejdzie. W tym okresie dojrzewania, nie tak bardzo zależało mi na tym, żeby nie wiadomo kim te dzieci zostały, tylko żeby ten okres mniej więcej przeszły tak, żeby między nami w jakeś straszne rzeczy się nie działy. Czyli wiadomo, że dzieci, wtedy są mniej posłuszne, czy nieposłuszne, że muszą wykazywać swoją rację.

Muszą się buntować, bo to jest okres buntu, gdy charakter się kształtuje i wiara we własne siły, wiara we własne zdanie, walka o własne zdanie. Więc ten ojciec jest wrogiem numer jeden wtedy. Ja wtedy się zwykle wyciszam, trochę odchodzę na bok, przekrzykuję ten moment w którym to dziecko biedne jakoś się wyszumi. Mija ten czas, już teraz jest normalna, bez wielkich strat. Jeśli nie to pierwsze, to to drugie przynajmniej bardzo mi się sprawdza tym, żeby zachować pokój. Tak jak w miłości zachowanie pokoju jest najważniejsze, tak w wychowaniu dzieci, zachowanie w pokoju, nie rozgniewywanie w ogóle, a tym bardziej nie potrzebnie swoich własnych dzieci.

O dywersyfikacji

Czy zauważasz wokół siebie jakieś potrzeby, które przywodzą refleksję: „Można by wokół tego zbudować biznes, ale ja już przecież mam zajęcie”.

Często przychodzą takie rzeczy. Nauczyłem się, że tyle z jednej strony dywersyfikacja jest właściwa, bo możemy czerpać z różnych źródeł. Z drugiej strony dywersyfikacja jest dowodem na to, że nie wiemy co zrobić. Czyli jeśli nie wiem, co robić, to dywersyfikuje. Dywersyfikacja powoduje, że jak nawet na tym nie wyjdzie, no to może na tym, a jak na tym nie wyjdzie, to na tym. Natomiast jeśli prowadzę biznes postawię się w sytuacji, w której musi wyjść, to moja świadomość tego, jak bardzo muszę to zrobić dobrze, jak bardzo muszę się na tym skupić, żeby zrobić to lepiej od innych, jest inna. Ktoś, kto ma wyjście zachowuje się inaczej niż ktoś, kto nie ma wyjścia.

My musimy mieć sukces, bo angażuw to całą rodzinę, albo jej większą część. W związku z tym musimy mieć sukces. My podchodzimy do biznesu inaaczej niż ktoś, to mówi: „No, mogę dzisiaj robić to, jutro tamto, a w ogóle najlepiej dwie lub trzy lub pięć rzeczy jednocześnie. Doba ma tylko ograniczoną ilość czasu i to jest nasz kapitał, który posiadamy. Nie da się skupić równocześnie na wielu rzeczach. Nie da się wszystkiego robić równocześnie. Człowiek może robić wszystko, czego zapragnie, ale nie może robić wszystkiego. Po prostu nie da się prowadzić tak wiele rzeczy, zwłaszcza jeśli nie ma się ogromnych zasobów, wielu pieniędzy, które można przepalić, wielu ludzi wokół siebie. Jeśli jest się przeciętnym przedsiębiorcą, czyli kimś, kto zatrudnia kilka, kilkadziesiąt, to tu bym nie szedł w tym kierunku za bardzo.

Oczywiście miałem takie momenty, bo tych spółek założyliśmy już parę, w tak zwanym międzyczasie. To było czasem tak, że ktoś miał pomysł. Na przykład z pracowników zrobiliśmy kogoś biznes. Nie tak dawno. Ten biznes założyliśmy, spółka powstała. Po kilku miesiącach zorientowaliśmy się, to że to nie jest właściwe, bo to nas rozprasza, bo on jest tym, kim myśleliśmy, że jest. A dla nas rozproszenie się jest najgorszym ze scenariuszy. Dlatego staram się biznes skoncentrować. Czyli naszym głównym mottem w naszym biznesie jest koncentracja. Bycie taką soczewką, czy takim szkłem powiększającym, które nie daje dużego światła, ale daje bardzo skoncentrowane światło.

Zauważamy, że ilekroć próbujemy odejść od tego naszego głównego zajęcia, tylekroć to wychodzi na naszą stratę. Stąd raczej jestem zdania, i my w naszym domu, że jeżeli rozwijać biznes, oczywiście go rozbwijać, ale raczej jako ten biznes. Lekko w prawo, lekko w lewo, ale nie całkiem w lewo. Nie całkiem w prawo. Tylko troszeczkę w prawo, troszeczkę w lewo. Zostawić tego trochę na środku, które jest i troszeczkę wziąć tego z prawej strony, i troszeczkę z lewej, ale nie za bardzo. Niezbyt odległe. Żeby to było dla tych samych klientów, na tych samych maszynach, albo podobnych, dla tych samych pracowników, którzy to robią. Czyli może trochę inny biznes, ale jednak taki sam, zasada taka sama, ci sami ludzie, ta sama fabryka, ci sami klienci.

Więc, jeśli już dywersyfikować, to tylko w ten sposób. Żeby troszeczkę iść w bok, ale nie za bardzo. Koncentracją jak dla mnie jest największym elementem wzrostu w firmie. Żeby się nie rozpraszać na wiele rzeczy, tylko skupić całą swoją energię na tym jednym, czym się zajmujemy.

Dziękuję serdecznie. Czy chciałbyś jeszcze coś ważnego przekazać, jakoś zakończyć naszą rozmowę?

Przede wszystkim dziękuję ci Arturze za zaproszenie. Bardzo fajnie prowadzisz ten blog, te podcasty. Przesłuchałem, jeśli nie wszystko, to większość z twoich gości. Ztąd tym bardziej, kiedy mnie zaprosiłeś miałem poczucie, że to byli naprawdę fajni ludzie, którzy fajnie opowiadali. Miałem poczucie stresu, że mnie zaprosisz do tego grona. Mam nadzieję, że zarówno ty, jak i słuchacze jakąś korzyść z tego uzyskalcie. Życzę ci i tym ludziom, którzy słuchają twoich twoich rozmów i tego co robisz, wszystkiego dobrego.

Podobne audycje:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *