Emocje i fascynacja, czyli historie dla dzieci i biznesu – Adam Pioch – BT14

Pobierz audycję

Lista tematów:

  • Skąd pomysł na pseudonim „Kolekcjoner wspomnień”: 0’25”
  • Budowanie historii z klocków: 1’12”
  • Inspirujące opowieści: 8’05”
  • Motywacja opowieścią: 13’30”
  • Czy opowiadanie biznesowe to tylko inspiracja: 18’12”
  • Emocje w historiach: 24’47”
  • Toastmasters: 28’33”
  • Opowiadanie dzieciom: 31’27”
  • Szkolenie „Storytelling Power”: 32’26”
  • O słabej wytrzymałości produktów: 35’37”

Linki:

Transkrypcja rozmowy:

Gościem dzisiejszego podcastu to jest Adam Pioch, obecny w polskim Internecie od zawsze. Pasjonat przemawiania, Kolekcjoner wspomnień. Dzień dobry Adamie!

Witaj! Witam także słuchaczy, miłego dnia wam życzę i fajnej audycji.

Skąd pomysł na przybranie pseudonimu “Kolekcjoner wspomnień”?

Wiesz co, można by długą historię opowiedzieć i krótką historię. Gdzieś kiedyś zauważyłem w swoim życiu, że lubię powspominać i po rozkoszować się tym, co gdzieś kiedyś przeżyłem i lubię też podoświadczać, żeby potem móc powspominać. Stąd zacząłem o sobie najpierw tak prywatnie, w głowie mówić, że jestem kolekcjonerem wspomnień, że lubię po prostu gromadzić wspomnienia. No a potem zacząłem tej nazwy używać gdzieś “Kolekcjoner wspomnień” tak już gdzieś zostało. I zostałem też przy tej nazwie już finalnie, że tak powiem posługiwaniu się w internecie, czy gdzieś tam na slajdach, czy właśnie w materiałach, które czasem zrobię. 

Miałem okazję wysłuchać jednej z twoich historii, później, wiedziony ciekawością, wysłuchałem drugiej. Zauważyłem, że masz mini klocki z których budujesz swoje historie i wystąpienia. Ile masz, używasz tych mini historyjek i jak je zdobywasz?

Mini klocki. Bardzo fajnie powiedziane, bo też mi to uświadomiło, że faktycznie prezentację, czy tam wystąpienia, czy szkolenia właściwie buduję z klocków. A tak samo opowieści są też zbudowane z klocków. Tak sobie na szybko pomyślałem, że chyba wszystko jest zbudowane z klocków, nawet nasza natura. Bo przecież pierwiastki, to też można powiedzieć, że są takie małe klocki. Jak się je odpowiednio ze sobą połączy, to tworzą się struktury, które mają jakieś tam swoje konkretne właściwości oddziaływania na świat, na naturę, na ludzi, na wszystko naokoło. I tak samo jest z tym, co robię. Czyli na przykład, weźmy na to. prezentacja na szkolenie, czy mowa na Toastmasters. To faktycznie są klocki, z których sobie to składam. Czyli mam gdzieś tutaj przygotowaną taką bazę, jeden wielki duży worek ze slajdami z danej tematyki. Mam ich nieraz tam po kilkaset wrzuconych. I jak przygotowuję się na jakieś wystąpienie, to po prostu z tego worka wybieram sobie te slajdy. Bardzo często też je poprawiam i tworzę jakieś tam nowe, lepsze wersję i potem do tego worka z powrotem wrzucam. I komponuję to z klocków. Dlaczego komponuje z klocków? Bo różne przychodzą zamówienia. Czasem jest to zamówienia 45 minut, czasem na dwadzieścia minut, czasem na pół dnia. I trzeba to jakoś czasowo ustawić. I mając takie klocuszki jestem w stanie szybko i sprawnie po prostu podejść do tematu przygotowania jakiś tam prelekcji, prezentacji, konferencji, szkolenia. Gdzie mogę w ten czas dość ładnie się wpasować i sprawnie przez to przelecieć, tak żeby przede wszystkim nie przedłużyć. Ja nie cierpię nietrzymania się czasu. Na szkoleniach, na konferencjach to jest rzecz, która mnie bardzo irytuje, jeżeli mówca kompletnie nie trzyma czasu, nie czuję też tego, że czas mu przecieka przez palce. I potrafi 15-20 minut pierwsze przememlać totalnie na żaden wartościowy temat. Czyli nie daje wartości, a potem jak widzi, że mu zostało tam x minut do końca, to nagle zaczyna się znowu spieszyć, przez to też robi skróty i wyrzucenia tego, co chciał powiedzieć. I to jest denerwujące, bo to się czuję po prostu takiego mówcy, takiej osoby, która jest na scenie, że się zorientowała, że teraz ma mało czasu. No a potem zaczyna wchodzić niebezpieczną strefę, że czas mu się skończył. Wie, że mu się skończył, ale dalej ciągnie. Prowadzący konferencję czasem nie wiedzą co z tym fntem zrobić i nie potrafią człowieka że tak powiem zdjąć ze sceny, czy wyklaskać, żeby po prostu z tej sceny zszedł. No i robią się totalne opóźnienia, obsuwy. Tak nie powinno być, mówca powinien trzymać się w ryzach. Jeżeli już zdarzy mu się przekroczyć, to są to dosłownie kwestie sekund, czy minut. W zależności ile tego czasu miał na tej scenie do dyspozycji, i tyle, koniec. Poza tym trzeba umieć mówić konkretnie. Jeżeli mam slajdy, klocki to zazwyczaj każdy klocek ma w sobie konkret. Sam z ciebie już jest jakiś konkretem, reprezentuje jakąś wartość. I wtedy można właśnie z takich klocków poukładać dobrą prezentację, dobre szkolenie, czy tam dobry materiał na konferencję, żeby on w każdej praktycznie minucie był wartościowy i ciekawy dla słuchaczy. Żeby oni tą uwagę mogli sobie przerzucać z klocka na klocek, i cały czas mieli tą uwagę dość wysoko. To jest pierwsza sprawa, jeżeli chodzi o budowę tak ogólnie prezentacji, a dwa historię, opowieści które snujemy jako ludzie, one też są złożone z klocków. To też są klocuszki, które są przebadane, zdiagnozowane. Tak zwana, i popularna “podróż bohatera”, schemat opowieści u Campbella ma tych klocków 19. U Voglera uproszczone to zostało do 12 zjadliwych takich klockuszków, które można sobie odpowiednio poukładać. Można te klocuszki zmieniać miejscami, można jeszcze, jak ja to mówię, odwracać, bo klocki są bipolarne. Mają taką swoją dobrą, złą stronę, albo nadają rozpędu, albo spowalniają historię. Także to też jest schemat klockowy. Jak masz świadomość, jakimi klockami dysponujesz, i jak możesz je łączyć tak jak pierwiastki. Jak znasz właściwości każdego pojedynczego pierwiastka, wiesz jak go łączyć z innymi pierwiastkami. Też wiesz, co takie połączenie może dać, jaki efekt z tego może powstać, czy w ogóle nie pójdzie połączyć, no to wtedy jesteś w stanie tworzyć, konstruować i eksperymentować też przy okazji z nowymi, że tak powiem, materiami, które powstają. Bo trzeba pamiętać, że wystąpienie publiczne dla dobrego mówcy to też jest zawsze jakaś doza eksperymentu. Przynajmniej ja tak robię, że w każdą prezentację staram się włożyć jakiś mały element, który jest pierwszy raz na danej prezentacji. Pierwszy raz na danej prezentacji, pierwszy raz jakaś drobna technika dla mnie, jakiś tam sposób powiedzenia czegoś, sposób prezentacji slajdu, na przykład, czy sposób snucia narracji. Po to, żebym eksperymentując, testując, ja się uczę. I widzę co było dobre, co wymaga poprawki, co mogę jeszcze sobie ulepszyć, i w którym kierunku mogę na przykład puścić swoją jakąś tam wiesz kreację, wyobraźnię. Także zawsze sobie w każdej prezentacji sobie jakąś odrobinkę czegoś nowego stawiam, żeby zobaczyć jaki to da mi efekt. Wewnętrznie, zewnętrznie, i z tego wyciągać wnioski. Gdybym tego nie robił, to czuję żebym się nie rozwijał, bo bym nie wpadł nieraz na jakieś pomysły, które czasem mi do głowy przychodzą, i mówię, a szalone, ale spróbujemy, zobaczymy co z tego będzie. A potem się okazuje, że po zrobieniu całkiem nieźle wyszło, że wystarczyło potem to trochę dopieścić i coś ciekawego, nowego odkryłem. Myślę, że pisarze, ludzie którzy tworzą opowieści, książki, filmy też eksperymentują. I też trochę tej spontaniczności dodają w łączeniu klocków, żeby zobaczyć co z tego ciekawego wyjdzie. I myślę, że często są zaskoczeni efektami.

W życiu biznestaty jest jedna sytuacja, w której potrzebne jest opowiadanie usypiające. Jest to sytuacja pełna nadziei, że dziecko zaśnie. Wszystkie inne opowiadania powinny być inspirujące. Z czego składa się inspirująca opowieść?

Myślę, że dla dziecka opowieści, szczególnie jeżeli są to opowieści snute na zasadzie wspomnień rodzica z okresu, kiedy był mały, to takie opowieści pewnie w większości są inspirujące. Moja córka, z resztą przedtem syn, teraz córka, ona uwielbia wieczorami, przed zasypianiem posłuchać opowieści. Zawsze słucha jedną opowieść, a nawet jak próbuję coś tam zmienić i wtrącić, że może dzisiaj trochę o smokach, czyli chciałbym trochę pofantazjować, to ona zawsze mnie sprowadza na ziemię i mówi: “Nie tatusiu, opowiedz jak byłeś mały”. No i ja zaczynam opowieść, jeszcze muszę ją zawsze w ten sam sposób zacząć, od początkowej frazy “Dawno dawno temu, za niewielkimi pagórkami w Pile, bo teraz nie mieszkamy w Pile, tylko pod Poznaniem, twój tata mieszkał na ulicy Wrzyskiej w czteropiętrowym bloku…”. I dopiero jak powiem tą ściśle określoną frazę to mogę zacząć snuć nową opowieść z tamtego świata, czy jakieś tam wspomnienia, które w głowie zachowałem. Bo nasze wspomnienia to są takie właśnie zanotowane w głowie mikro opowieści. Mikro opowieści, które umysł sobie zanotował po to, żeby wspominać, ale przede wszystkim żeby też opowiadać innym. To jest właśnie tutaj najciekawsze. Są naukowcy, którzy twierdzą, że nauczyliśmy się mówić właśnie po to, żeby przekazywać nasze wspomnienia, które gdzieś tam nasze umysły rejestrują, dalej. No i zaczynam opowiadać. Zaczynam opowiadać coś tam ze swojego życia, jakąś tam przygodę, co mi się wydarzyło, co robiliśmy, jak byliśmy dzieckiem i widzę, że córka słucha. Że nawet tak jej powiem coś takiego banalnego, że robiliśmy na przykład spadochrony z chusteczki, takiej materiałowej do wydmuchiwania nosa, co dla niej teraz jest zaskoczeniem, bo teraz wszystkie chusteczki papierowe. A kiedyś chusteczek papierowych nie było, tylko były materiałowe. Jak jej powiedziałem, że z takiej materiałowej chusteczki robiliśmy spadochroniarza, czyli wiązaliśmy tam do rogów sznureczki, obciążaliśmy jakieś kamyczkiem czy żołnierzykiem i zrzucaliśmy z okna, na przykład bloku, i patrzyliśmy jak to spada, i mieliśmy z tego wielką frajdę. To jakiś czas później odkryła w domu taką materiałową chusteczkę, zbiegła z radością do mnie: “Tata mam chusteczkę, możemy zrobić spadochroniarza!” Opowiadając historię o spadochroniarzu wcale nie myślałem, że to może być inspirujące. A jednak, gdzieś to w niej została ta chusteczka, ten spadochroniarz, i że można coś takiego zrobić, i spróbować zobaczyć jak to będzie w praktyce. Nie chcę powiedzieć leciało, ale spadało. Jaki będzie tego efekt jak się to zrobi. I w momencie, kiedy się ta chusteczka pojawiła gdzieś pod ręką dziecka, to w tym momencie ta inspiracja się totalnie uwolniła. Jest chusteczka, to teraz można zrobić coś, o czym tata kiedyś tam opowiadał, że zrobił jak był dzieckiem. Dlatego myślę, że dla dziecka słuchanie w ogóle wspomnień rodziców w większości wypadków bywa w jakiś sposób inspirujące, bo ono wczuwa się w takiego rodzica, jak był mały. Widzi, że ten rodzic też kiedyś był mały, miał podobne problemy, miał podobne radości, podobnie się bawił i podobne odczucia gdzieś tam odczuwał. To tak fajnie i zbliża, i też uczy, bo to dziecko nie musi fizycznie skonstruować tego spadochroniarza. Ale możesz sobie przez chwilę wyobrazić, że ma tą chusteczkę, że zrzuca ją sobie na przykład z miejsca gdzie teraz mieszka i się bawi z chłopakami, czy tam tutaj z dzieciakami na około tym czymś. I może poczuć, jakby to było, gdyby takie coś w rączkach mieć. A to już bardzo dużo, myślę, daje takiej osobie. Bo to jest też główna funkcja opowieści, żebyśmy się wczuli w bohatera w tej opowieści i postarali się wykreować swojej głowie i poczuć ten świat, w którym ten bohater się porusza. Dzięki temu leżąc w bezpiecznych warunkach, w pościeli, można na chwilę przenieść się w inne czasy i posłuchać o tym, i doświadczyć tych czasów. I to myślę ma dla dziecka wielki urok, bo zazwyczaj opowiadamy dwie do trzech opowiastek sobie. Najbardziej taka konkretna i wysłuchiwana musi być ta pierwsza. Jak tą pierwszą kończę, to wtedy jest sygnał, że teraz zasypiamy. I pozostałe opowiastki, zauważyłem, że już bardziej muszą mieć taką melodie, żeby dziecko po prostu usnęło. Już tam nie nie wrzucam jakichś tam dynamicznych zwrotów akcji, jakichś rzeczy rozśmieszających. Tylko takie rzeczy, które sprawiają, że ona powoli zamknie oczka i odpływa. I czasem odpłynie, ja słyszę kiedy odpłynęła w trakcie mowy, a czasem po prostu kończę i muszę jeszcze chwilę poleżeć w ciszy, zanim wstanę, do takiego momentu, że jak już ja wstanę to nie wybudza. I wtedy jest, że tak powiem dziecko śpiące. Także tak to wygląda u mnie z tym opowiadaniem opowiastek, bajeczek tatusiowych, jak to się mówi u mnie w domu, tatusiowe bajeczki.

Co powiesz o inspirującej opowieści, takiej, która powinna zmotywować naszego współpracownika do działania?

Ja nie do końca wierzę w coś takiego jak takie motywujące szkolenia, eventy Kiedyś jeździłem na takie rzeczy, gdzie właśnie ta motywacja była takim na głównym wyznacznikiem. To było fajne, przez chwilę człowiek się naładował, poczuł jakąś moc w sobie, chęć do działania. Po czym człowiek wracał z takiego eventu do domu, pojawiała się, jak to się mówi, ta proza życia na około, i to się bardzo szybko wypalało gdzieś. I pozostawało to, co było na co dzień. Po tym zauważyłem że trzeba było pojechać znowu na przykład na takie szkolenie, na taki event, żeby gdzieś tam wyzwolić w sobie jakieś tam pokłady inspiracji. Morze nie inspiracji, tylko tej motywacji. I ja stwierdziłem, że to nie musi wynikać z mowy drugiego człowieka. Ta motywacja powinna gdzieś tak przychodzić od nas, z wewnątrz, że chcemy coś zrobić. I koło czegoś zaczynamy po prostu sobie tuptać i realizować. A inspiracja? Dla mnie to jest pomysłowość. To jest, że jakiś czynnik wyzwala we mnie pomysłowość. Jadę samochodem, stanę na światłach, słucham jakąś audycje w radio i przychodzi do mnie pomysł na jakąś historię. Tak na przykład jadąc samochodem i zatrzymując się na światłach w Poznaniu, przyszedł do mnie pomysł na opowieść, którą napisałem i potem finalnie trafiła do Narratologii Pawła Tkaczyka. To jest podręcznik, jak ja to mówię, storytellingu. I to był ten moment inspiracji. Coś wyzwoliło we mnie tą kreatywność, przyszła ta wena, jak to niektórzy mówią, usiadła na kolanach i wyszeptała mi coś tam ciekawego do ucha, sprawiając, że jedyne, co musiałem zrobić to po prostu jak najszybciej to zapisać, żeby nie uleciało tak z głowy jak zostało mi dane, że tak powiem, jak przyszło. A teraz po latach wiem, że na takie duże weny nie ma co czekać, bo one rzadko siadają na naszych kolanach. Trzeba chwytać takie mikro-weny, mikro inspiracje, mikro pomysły. Czasem na coś człowiek spojrzy, coś posłucha, jakieś zdanie lekko przekręci, powie inaczej. I w tym momencie trafia w coś, co jest ciekawego, inspirującego. No to wtedy trzeba szybko do notatnika, do Evernote-a nagrać, zapisać, zanotować, co by nie uciekło. No i potem z takich mikro inspiracji, mikro notatek, znowu się nam pojawia wątek klocuszków, zaczynam składać i większą całość. I według mnie to jest lepsza metoda. Takimi malutkimi właśnie inspiracjami, malutkimi klocuszkami, zbieranymi najpierw do worka nawrzucać. A potem z tego ulepić coś większego. To się nawet nazywa fachowo torowanie synaptyczne, kiedy umysł po prostu się zaczyna koncentrować na jednej rzeczy i zaczyna po prostu wyłapywać z otoczenia dane sygnały, dane pomysły, dane koncepcje. I wtedy im więcej tego wyłapie, wrzuci sobie do tego worka, tym łatwiej potem jest opracować, czy to temat prezentacji, szkolenia, czy jakiejś tam historii. Także w ten sposób sobie to robię. No i uwielbiam przede wszystkim czytać przeróżne opowiastki, historyjki. Niektóre zapamiętuję po to, żeby opowiedzieć dalej. Niektóre przerabiam, żeby opowiedzieć za chwilę też dalej. Niektóre piszę całkowicie po swojemu, żeby się gdzieś wytrenować w tym opowiadaniu. To w ogóle na początku drogi często robiłem, że zawsze zasłużoną opowiastkę opowiadałem po swojemu, pisałem ją po swojemu, żeby oddać emocję, którą ona niosła, ale w swój własny sposób. No i jeżeli potrzebuję jakieś opowieści, a nie jestem w stanie, że tak powiem połączyć istniejącej wiedzy w całość i wykorzystać już gotowe klocki, no to wtedy siadam i po prostu wymyślam jakąś opowieść, jakąś historię. I klasycznie tworzę. Także korzystam z pełnego spektrum podczas wystąpień. Od opowieści, które gdzieś zasłyszałem i przerobiłem, aż do takich, które po prostu powymyślałem i całość okrasiłem po prostu takim podejściem do tematu. 

Czy opowiadanie biznesowe tylko inspiracja?

Nie! Opowiadanie biznesowe to nie jest tylko inspiracja, bo można opowiadać biznesowo o produkcie, o usłudze, o zastosowaniu tego produktu, tej tego usługi wplatając właśnie to w ramy jakiejś opowieści. Można opowiadać o ludziach, którzy tworzą firmę. Można opowiedzieć o historii firmy i można mówić o swoich zmaganiach, jak coś robiliśmy. A można też mówić właśnie o tym, jak produkt może zmienić cudze życie. Właśnie po to, żeby wyzwolić tą inspiracje. Także opowieść biznesowa to nie tylko jest czysto inspirowanie według mnie, bo są też przecież opowieści, które mają zademonstrować na przykład sposób działania, filozofię działania na przykład urządzenia, i żeby nie było to zbyt językiem technicznym podane, noto się właśnie wplata tego bohatera, który zazwyczaj usługę, narzędzie stosuje w praktyce. Także myślę, że opowieści biznesowe to nie tylko i wyłącznie czysta inspiracja. Oczywiście my chcemy, żeby podczas stosowania narracji nasz odbiorca poczuł, ja bym to nawet nie nazwał inspiracje, tylko fascynacje. żeby poczuł fascynację naszym produktem, naszą usługą, naszą firmą, i żeby ta fascynacja w nim osiadła mocno i na długo. Bo wtedy taki zafascynowany klient będzie też odbiorcą produktów, usług i zafascynowany człowiek jest w stanie wydać duże pieniądze na produkt, na usługę, na firmę. To chociażby widać, jak się popatrzy na te osoby, które korzystają z produktów Apple. W większości wypadków te osoby są bardzo mocno zafascynowane tymi produktami tej firmy. Potrafią też mocno i dziarsko walczyć i bronić, że tak powiem, tego rezerwatu w którym gdzieś tam na codzień się poruszają. I ta fascynacja zmienia sposób myślenia. Ja pamiętam, ja byłem też takim fascynatem komputerów, a konkretnie jednej konkretnej marki, jednego konkretnego komputera. Moim pierwszym komputerem było Atari, ale nim jakoś tak emocjonalnie mocno się nie związałem. Dopiero drugi komputer wyzwolił mnie takie mocne, potężne emocjonalne związanie. Była to Amiga firmy Commodore, że byłem tak zakochany w tym komputerze, że potrafiłem dosłownie walczyć o jego dobre imię, i to w sytuacji, kiedy firma Commodore chyliła się do bankructwa i w pewnym momencie zbankrutowała. A myśmy nadal wierzyli w komputer Amiga. Nadal żeśmy go starali się, że tak powiem, sławić. Założyliśmy nawet w Polsce taką organizację Amiga Promotion Group, która się zajmowała właśnie promocją komputerów Amiga, za własne, prywatne pieniądze, w czasach kiedy już właściwie nie było producenta tego komputera. Ja wiem, co to znaczy fascynacja, bo byłem wtedy głęboko zafascynowany tą marką, tym produktem, tym narzędziem. I wiem, co czują ludzie, którzy są głęboko zafascynowani, chociażby produktami firmy Apple, jabłuszkami, i dlaczego bronią, dlaczego, tak wiesz, twardo tym obstają i potrafią mocno walczyć, chociażby ludźmi z obozu czy to Windowsa i PC-tów. I ta fascynacja zaczyna kontrolować nas. I to jest właśnie urok fascynacji, że to fascynacja zaczyna na skontrolować, a nie my konstruujemy fascynację. A człowiek zafascynowany potrafi wydać dużo pieniędzy na obiekt, który go fascynuje. Poza tym też po to, żeby po pierwsze mieć taką rzecz, która jest dla ciebie fascynująca, ale też przez chwilę stać się fascynującym. Bo osoba posiadająca takie urządzenie też często zwraca uwagę na to, że ktoś z zewnątrz widzi, że Ty masz, na przykład, to urządzenie z tym konkretnym logo. No i przez to taka osoba odczuwa, że stała się bardziej fascynująca. No i fascynacja to jest taki właśnie taki ciekawy mechanizm, że my lubimy poczuć fascynację, ale też lubimy być na chwilę fascynujący, żeby inni nas zwrócili w jakiś tam sposób uwagę. Także tu bym bardziej w tym kierunku szedł, że dobra opowieść biznesowa powinna sprawiać, że w naszej głowie pojawia się fascynacja. Fascynacja firmą, człowiekiem, produktem. Tak, jak to robił Jobs opowiadając o produktach. Tak, jak to robi współcześnie chociażby Elon Musk. Przecież jest to człowiek zaangażowany w wiele różnych ciekawych produktów. I o każdym z tych produktów mówi w sposób taki, że człowiek czuje fascynację do niego. I do tej Tesli, najbardziej chyba znanego produktu Elona Muska, i do SpaceX, czyli lotów w kosmos. Gdzieś tam kolonizacji Marsa. Niedawno Hyper Loop, czyli te szybkie, nowoczesne koleje w takiej rurze, gdzie panuje próżnia, i przez to tam tak magnetycznie pociąg się może poruszać z ogromną prędkością. Teraz starlink, ostatnia firma o której też Elon Musk dużo o niej opowiada, czyli sieć dziesiątków tysięcy satelitów w kosmosie, bo naprawdę ma być ich ogromna ilość wyniesiona, które mają dostarczać internet na świecie. Jak się tego faceta słucha, mówi o tych produktach, o tych markach, no to się czuję to coś, tą fascynację. On potrafi z każdym produktem, który wprowadza, który robi, wywołać u ludzi właśnie zainteresowanie, fascynację tymi produktami. To jest ta magia. Jeżeli firma potrafi zafascynować, czyli potrafi zwrócić uwagę i sprawić, że ja zacznę o tym rozmyślać, a efekcie będę chciał posiadać, to taka firma robi dobrą robotę. I tutaj ta narracja, ten storytelling się przydaje, bo jak się popatrzy na wymienione tutaj osoby, no to tak naprawdę jedyne, co oni robią, albo robili, to po prostu dobrze opowiadali. 

Fascynacja jest jedną z emocji, w związku z tym emocje w historiach: jakie, ile i kiedy?

Emocje w historiach zawsze! To jest główny cel opowieści: wywołać emocje, a tak naprawdę zmienić emocje. Tą, która w Tobie była w momencie, kiedy słuchałeś opowieści, na tą, z którą zostałeś po wysłuchaniu opowieści. Także opowieść ma zawsze jeden cel: wywołać emocje, zmienić emocje. Także tutaj od tego nie uciekniemy. Jeżeli opowieść nie zmienia emocji, nie wpływa na nasze emocje, no to to jest zła opowieść. Opowieść powinna gdzieś tam emocjonalnie na nas zadziałać, dlatego, że duże emocje sprawiają, że my zapamiętujemy to, z czym mamy kontakt. Nasza pamięć lepiej notuje właśnie w momencie, kiedy wyzwoliły się silne emocje. A przede wszystkim, jak już zapamiętamy i będziemy o tym gdzieś tam rozmyślać to, co do nas dotarło, to musimy pamiętać, że to jest zaledwie dobry efekt, który chcemy osiągnąć, żeby człowiek zapamiętał to, co do niego mówiliśmy, właśnie za pomocą wywołania emocji. Dla nas najlepszym efektem jest, kiedy klient słuchając, na przykład naszą opowieść, nie tylko ją zapamięta, ale także będzie chciał ją opowiedzieć dalej. Czyli będzie taką tubą, która będzie za chwilę udostępnia informacje dalej. To słowo udostępnienie jest bardzo ważne, bo opowiadanie historii to jest takie udostępnianie. To jest odpowiednik przycisku “udostępnij” w sieciach społecznościowych. W sieciach społecznościowych wyciskamy udostępnij i to, co czytaliśmy, oglądaliśmy możemy wrzucić na swoją ściankę, na swoje grupy, na swoje fanpage i puścić dalej. W świecie rzeczywistym udostępniamy właśnie na zasadzie opowiadania dalej. Dlatego mówię, że dobra opowieść jest wtedy, kiedy człowiek nie tylko ją zapamięta i gdzieś tam sobie w głowie ją przypomina, ale przede wszystkim wtedy, kiedy ją powtórzy dalej. Kiedy ją powtórzy dalej, będzie ją rozprzestrzeniał dalej. Po to są tutaj te emocje w opowieściach. No i odpowiadając dalej na pytanie. Mamy wiele emocji. To jest tylko nasza decyzja tworząc opowieść, jaki stan emocjonalny chcemy na końcu wywołać. Czy chcemy człowieka uwznioślić, i czy chcemy wywołać jakiś smutek, jakieś głębsze zastanowienie, czy chcemy wywołać emocje strachu na przykład. To jest w rękach osoby, która wie jaki chce cel dzięki opowieści wywołać w suchaczu. Jeżeli wiemy jaką chcemy emocje wywołać, z czym chcemy ją powiązać, no to wtedy zastosujemy odpowiednie środki, stylistyczne nazwijmy to w ten sposób, prowadzące do danego efektu. Ja jak projektuję wystąpienia na przykład, czy to na konferencji, czy nawet na szkoleniu, to też właśnie się zastanawiam, w którym momencie, w jaką emocje będę chciał uderzyć. Jak powolutku rozbujać te emocje, żeby gdzieś tam na końcu, jakieś takie głębsze przesłanie, z jakąś taką nutką refleksji, tak lepiej weszło w człowieka. To też trzeba obserwować widownię, bo to widać, jak to w ludzi wchodzi. I też trzeba zauważyć, kiedy dotrze do tego wnętrza, do tego serca. To jest nieraz tak, że ja powiem zdanie i mogę lecieć z następnymi. Po prostu muszę zrobić pauzę, chwilkę tam odczekać, iść dalej, aby kolejnym zdaniem nie robić zbyt dużego skoku, bo jeszcze umysłu czasem trawią, albo mocują się z emocją, którą przez chwilkę mówca, czy tam szkoleniowiec wywołał w głowie. Także w ten sposób się gdzieś tutaj tym bawię.

Jeżeli mówimy o opowiadaniu historii, to chyba warto wspomnieć o klubie, który koncentruje się na tym, czyli Toastmasters. Czy przybliżysz nam temat?

Toastmasters to jest międzynarodowa organizacja, która uczy dwóch kompetencji. Pierwszą kompetencją są wystąpienia publiczne, a drugą liderstwo, czyli w zarządzanie jakąś grupą osób. I obie z tych kompetencji, uważam, że powinny być od dziecka, że tak powiem w nas kształtowane, i trenowane, i uczone. Bo to jest kwestia treningu, żeby dobrze je wykorzystywać. No i właśnie na Toastmasters zauważyłem, że nie ma właściwie dobrej mowy bez storytellingu. Każda mowa zawiera mniej lub bardziej jakąś tam narrację, jakąś tam opowieść coś ilustrującą, pokazującą, tłumaczącą. I im więcej tego storytellingu jest, tym zauważyłem też, że widownia dłużej utrzymuje swoje zainteresowanie, uwagę. No i lepiej taką mowę wtedy pamięta, przenosi gdzieś dalej, opowiada gdzieś dalej. Także na Toastmasters ten storytelling po prostu jest permanentnie wykorzystywany. Jest podstawą, trenowania, że tak powiem wystąpień publicznych i trzeba pamiętać: jedno i drugie to jest kompetencja. I wystąpienia publiczne to jest rzecz, którą można wyćwiczyć i podszlifować. Tak samo storytelling to jest kompetencja, którą można wyćwiczyć i podszlifować. Chociażby tak zgodnie ze wzorem na sukces. Sukces równa się metoda razy jej systematyczne powtarzanie. Toastmasters daje ci metody. Storytelling też daję ci konkretne klocki. Jeżeli zaczniesz teraz te metody stosować, powtarzać w czasie, to po jakimś czasie pojawiają się sukcesy w postaci zmiany twojego poziomu wyjściowego. Będziesz i lepiej mówił, i lepiej opowiadał. Jedno i drugie wymaga systematycznych powtórzeń, żeby przejść przez taką początkową strefę niepowodzeń i dyskomfortu, zanim się wejdzie na tą górę sukcesu i się doświadczy tego lepszego stanu, tego lepszego widoku. Także na Toastmasters w kontrolowanych warunkach możemy potrenować i jedno i drugie. Czyli możemy i potrenować wystąpienia publiczne, i się z tym oswoić, a dwa, czy chcemy, czy nie, tworząc mowy na Toastmasters, mniej czy bardziej będziemy wykorzystywali do tego właśnie storytelling. Im szybciej sobie zdamy sprawę, że ten storytelling jest obecny w naszych mowach, w życiu także, to szybciej możemy podjąć kroki, żeby się dowiedzieć jak on jest skonstruowany, nauczyć się go i starać się to robić po prostu lepiej. Lepiej, precyzyjniej, konkretniej i znając zasady którymi się rządzi po prostu opowieść.

Jak przygotowujesz się do opowiadania swoim dzieciom?

Nie przygotowuję się do opowiadania dzieciom. Jedyne co, to czasem, jak mi wpadnie do głowy jakiś pomysł, albo przypomni mi się jakieś wspomnienie, które w danym momencie, jak opowiadałem, nie miałem w głowie, to po prostu staram się je zapamiętać. Aha, muszę jeszcze powiedzieć o tym, bo o tym nie mówiłem, a mi się teraz przypomniała na przykład taka historyjka, czy jakieś tam zdarzenie z życia. I po prostu sobie zapamiętuje takie rzeczy. Zawsze na wieczór mam jedną, dwa jakieś pomysły w głowie, które jestem w stanie tak po prostu opowiedzieć. Zdarza mi się też czasem że łączę dwa, trzy, cztery wydarzenia w jakąś tam jedną całość, okraszając to jakąś tam, nie wiem, taką puentą, czy morałem, żeby gdzieś tam jakieś przesłanie, jakaś wiedza w głowie pozostała.

Czas na reklamę biznesów gościa. Co nam polecisz? 

Co polecę? Polecam nauczyć się storytellingu. Prowadzę takie szkolenia które zatytułowałem “Storytelling Power”. Pod takim adresem też można znaleźć witrynę. Tak nazywa się szkolenie, gdzie właśnie uczę, jak są skonstruowane opowieści. Można to odnieść zarówno do życia, jak i do biznesu, a także twórczości artystycznej. Bo tak naprawdę, żeby dobrze tworzyć opowieści biznesowe, trzeba przejść gdzieś przez tą ścieżkę klasycznych opowieści, żeby zobaczyć jak one są konstruowane, robione, żeby potem z tego wyjąć narzędzia, które się przydają w biznesie. No i wiedzieć których narzędzi w biznesie nie pójdzie zastosować, bo ich nie można na przykład stosować, a które w świecie klasycznej fabuły, klasycznej opowieści świetnie się sprawdzają. Także droga do biznesowych opowieści wiedzie przez poznanie narzędzi, też klasycznych opowieści, żeby potem świadomie umieć umieć je dopasowywać do biznesu. I tego można się nauczyć. Ja tłumaczę, jak ten proces tworzenia opowieści wygląda, z jakich klocków opowieść jest zbudowana. Wytłumaczę, jak ten schemat właśnie wygląda, potem przechodzę do wytłumaczenia postaci, które się pojawiają w opowieści, czyli archetypów. Jak się je przekłada na markę, na biznes. No i na końcu trzeba pamiętać że te wszystkie archetypy, te wszystkie postacie w opowieści, one muszą ze sobą się ścierać. Ja je traktuję jako energię, jeżeli się stykają się ze sobą jakieś energie, to na punkcie styku musi zaiskrzyć. Czyli musi powstać jakiś konflikt. Ten konflikt jest podstawą opowieści, więc przechodzimy do mówienia jak się wywołuje te konflikty, jakie są typy konfliktów. I jak już to przejdziemy, to mamy cały kompletny podany materiał, czyli schemat, archetypy i konstrukcja konfliktu. Warstwy językowej nie musimy specjalnie opanowywać, bo już tym językiem władamy. Więc o języku tam tylko troszeczkę mówimy. No i te cztery klocki składają się na całość tematu właśnie związanego ze storytellingiem. A potem? A potem trzeba trenować. Bo tam trzeba, że tak powiem, starać się sukcesywnie jakieś opowiastki, codziennie mniejsze czy większe, sobie przez chwilę potworzyć, poukładać w głowie, żeby ten schemat, ta metoda po prostu weszła do umysłu. No a potem zaczynamy w to wkładać biznesowość, żeby przyszła ta łatwość w momencie, kiedy będzie ta chwila, kiedy trzeba będzie faktycznie do jakiegoś większego grona naszą opowieści skierować. Na tym to polega, także polecam szkolenie storytellingpower.pl Jest także dostępny na Evenei, bo tam sprzedajemy bilety. To jest jedyne szkolenie otwarte, które robię, gdzie można tak po prostu przyjść, jeżeli jest się zainteresowanym tematem. Bo robię bardzo duże szkolenia, ale niestety one są zamknięte, albo są dla studentów, np. MBA uczelni w Polsce.

Czy zauważasz swojej rodzinie, biznesie jakieś potrzeby, które trudno teraz spełnić? Czy poszukujesz jakiegoś rodzaju usług, towarów, kontaktów?

Wiesz co, zauważyłem coś takiego, co mnie niestety irytuje, że niby jesteśmy coraz lepiej rozwinięci technicznie, technologicznie, a produkujemy rzeczy które coraz szybciej się psują. Irytuje mnie to, że świetny technicznie telefon po praktycznie półtora roku, dwóch latach przestaje być wspierany, przestaje być aktualizowany, a mógłby jeszcze spokojnie uciągnąć nowe wersje oprogramowania i posłużyć tam dłużej. Irytuje mnie to, że jak bateryjka w telefonie siada, to właściwie nie jestem w stanie już jej wymienić, bo teraz robi się to wszystko w zamkniętych konstrukcjach. Irytuje mnie to, że używamy ogromną liczbę zasobów i produkujemy, kurczę, kiepskiej jakości towary. Mam wrażenie, że x lat temu, jak już coś zrobili, to było to trwalsze. U mnie w rodzinie mają maszyny do szycia, które mają kurna 50 – 60 lat i nadal działają. Jak kiedyś ktoś coś zrobił, to idzie to wykorzystywać bardzo długo. Ja nie mówię, że mamy siedzieć na maszynach do szycia sprzed 60 lat i przy komputerach mających 20 lat, ale bardzo często te urządzenia mogłyby nam dłużej posłużyć. Czy to pralki, czy inne rzeczy, i się tak szybko nie psuć i ja bym chciał, żeby ktoś zaczął robić odpowiedniki klasycznych produktów, klasycznych właśnie towarów, ale takich, tak jak przychodzi teraz ta moda na wszystko, żeby było zdrowe, bez GMO, bio itd. Też takie produkty, na których jest na przykład stempelek z napisem “Gwarantujemy, że produkt będzie wspierany, na przykład przez 10 lat i jest naprawialny, modyfikowalny, i będzie np. służył ci te 10 lat w miarę bezproblemowo”. Kupuję coś, co jest trwałe, solidne, a nie coś, co zbyt szybko, że tak powiem, idzie do śmieci, bo ktoś musi na nowo sprzedać coś, żeby te wszystkie PKB, rozwój gospodarczy i inne rzeczy się cały czas na około robiły. Miałbym takie życzenie, żeby robić po prostu rzeczy trwalsze, z dłuższą perspektywą użytkowania, a nie taką krótką, szybką i uśmiercić produkt, żeby żebyśmy musieli kupować nowy produkt. Także w tym kierunku bym chciał pójść, żeby ktoś coś stworzył, albo żeby, tak właśnie wróciła ta solidność, żeby jak już Skonstruują tą żarówkę, To niech ona świeci X lat. Żarówki ledowe fajne, super, niewiele prądu zużywają, długi czas świecenia mają. Moje doświadczenie jest takie, że najczęściej w żarówce ledowej psują mi się te układy elektroniczne, które są w środku. Jakiś transformatorek, kondensatorki. Wcale nie ta dioda, która świeci nawala, tylko ta elektronika naokoło pada szybciej. I to mnie właśnie też irytuje. Co z tego. że dioda potrafi długo, długo, długo, długo świecić, jak wykorkuje prędzej przed tą wiodąca ta elektronika naokoło. I ja muszę całą żarówkę wymienić, kiedy mógłbym na przykład tylko tą elektronikę wymienić i wtyknąć w taki moduł elektroniki tą diodę ona dalej mogłaby mi świecić. Takie moje luźne przemyślenia na temat trwałości niektórych rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *