Dlaczego redystrybucja jest zła – ksiądz Jacek Gniadek SVD

ks. Jacek Gniadek

Pobierz audycję

Lista tematów:

  • Droga do Austriackiej Szkoły Ekonomii: 00’30”
  • Czy można być jednocześnie biznesmenem i tatą: 09’15”
  • Całkowite oddanie pracy: 15’00”
  • Czy poszukiwanie szczęścia jest zgodne z nauczaniem Kościoła: 18’30”
  • O oddzielaniu człowieka religijnego od człowieka ekonomicznego: 21’00”
  • Czynienie dobra w środowisku ograniczeń: 22’40”
  • Dlaczego redystrybucja jest zła: 25’20”
  • Chciwość i pieniądz: 32’48”
  • Granica sprawiedliwego opodatkowania: 36’40”
  • Austriacka Szkoła Ekonomii w Afryce: 41’50”
  • Werbistowskie Centrum Migranta Fu Shenfu: 49’35”

Linki:

Książki:

Ludwig von Mises – Ludzkie działanie

Ludwig von Mises – Biurokracja

Transkrypcja rozmowy:

Artur Pranga: W dzisiejszej audycji gościmy księdza Jacka Gniadka, werbistę, misjonarza, autora książek: „Dwaj ludzie z Galicji” oraz „Ekonomia Boża i ludzka. Kazania wolnorynkowe”. Szczęść Boże!

Jacek Gniadek: Szczęść Boże.

Czy powinienem coś dodać do przedstawienia gościa dzisiaj?

Nie, wystarczy. Myślę, że wystarczy. Będzie okazja do pomówienia o różnych sprawach, więc inne sprawy same wyjdą.

W takim razie pierwsze pytanie: Jaka była droga, która doprowadziła, ojca do zostania nieoficjalnym kapelanem polskich środowisk Austriackiej Szkoły Ekonomii?

Czasami mnie to trochę śmieszy, że jestem nazywany kapelanem, no nieoficjalnym kapelanem, Szkoły Austriackiej w Ekonomii, zwolenników tej szkoły. Nie jestem, nikt mnie nie mianował. Może dlatego, że mam dużo znajomych, przyjaciół, którzy w ten sposób myślą. Przebywam wśród nich, a nie ma innego księdza, który by był zwolennikiem Szkoły Austriackiej w Ekonomii. Ta szkoła jest nieznana w środowisku, w którym jestem, wśród księży. Może dlatego tak jestem postrzegany, ale to nie jest ważne.

Choć cieszę się z tego powodu, że jako misjonarz chodzę po niewydeptanych ścieżkach, nie ma tam innego księdza misjonarza. Jestem zatem tym, który chodzi po tym gruncie jeszcze nie wydeptanym przez Kościół i próbuję coś zrobić nowego. Takie mam wrażenie, że jest to coś nowego, ponieważ nie wykorzystujemy Szkoły Austriackiej w Ekonomii jako narzędzia do analizy ludzkiego zachowania w sferze ekonomicznej w Kościele, w Katolickiej Nauce Społecznej. Uważam, że gdybyśmy sięgnęli do Misesa i jego „Ludzkiego Działania” to nasza wiedza o ludzkim zachowaniu byłaby wzbogacona. Mimo, że Mises był agnostykiem, że wielu ludzi, którzy mają tego typu poglądy, nie są ściśle z kościołem związani, to jednak też spotykam wielu ludzi, którzy są bardzo z Kościołem związani i są zwolennikami Szkoły Austriackiej w Ekonomii.

Oczywiście nie ma tu żadnej sprzeczności, tak uważam i dlatego powstały te dwie książki, może powstanie jakaś następna. No i jak się to zaczęło wszystko? Zaczęło się to jeszcze w seminarium, kiedy wróciłem z Afryki byłem na takim stażu w ówczesnym Zairze, wróciłem do Polski. To był rok 1990. Usłyszałem wtedy, że były rozmowy, mówiono o transformacji, o przejściu z socjalizmu do… i myślałem, że będzie przejście do gospodarki wolnorynkowej. Okazało się, jak przyjechałem, że ludzie chcą naprawiać to, co było kiedyś, chcą budować, mówią „socjalizm tak, wypaczenia nie”, albo „budujemy socjalizm z ludzką twarzą”.

Jakoś nie mogłem się z tym pogodzić, ponieważ wewnętrznie byłem przekonany od zawsze, że własność prywatna jest lepsza, że kapitalizm, wolny rynek odpowiada mojej godności jako człowieka stworzonego na obraz Boga bardziej niż socjalizm, który pozbawia mnie własności prywatnej. To była intuicja, przekonania wewnętrzne. Postanowiłem się tym zająć bardziej dogłębnie i dlatego miałem to szczęście, nie ma tutaj zbiegu okoliczności, Opatrzność działa, w 1991 roku pojawia się encyklika „Centessimus Annus” Jana Pawła II, która jest najbardziej prorynkową encykliką społeczną w historii Kościoła. Wtedy byłem zaskoczony tym językiem, gdzie Papież mówi pozytywnie o zysku itd.

Pomyślałem sobie zatem, że muszę teraz odnaleźć, gdzie jest źródło tego wszystkiego, skąd Papież czerpie tego typu myśli. Ponieważ inne encykliki były bardziej, bym powiedział… krytykował w nich państwo opiekuńcze – to na pewno, to było, tylko że używał teraz innego języka. I odkryłem właśnie jakie są związki dzięki Instytutowi im. Lorda Actona m.in., ale nie tylko. Odkryłem związek między „Centessimus Annus” a Szkołą Austriacką w Ekonomii.

I wtedy zacząłem więcej czytać, choć wcześniej wpadły mi w ręce jakieś broszurki. To były tylko broszurki Misesa na temat mentalności antykapitalistycznej, chyba to była „Biurokracja”. Oczywiście, wtedy nie było internetu, więc był problem z dostępem do tego typu wiedzy, która była na cenzurze, była cenzurowa, była tylko w drugim obiegu. Ale w seminarium sięgnąłem już po właściwe źródło, jakim jest „Human Action” (jeszcze nie przetłumaczone wtedy na język polski) i wiele innych książek, które sprowadziłem ze Stanów Zjednoczonych i zacząłem czytać.

Zobaczyłem, że moja intuicja była dobra, ponieważ, gdy zacząłem czytać o prakseologii, czyli ludzkim działaniu w sferze ekonomicznej, okazało się, że rzeczywiście ta moja intuicja i obserwacje moje, mojego zachowania, jak również jak działa rynek, że są pewne prawa, które tym rynkiem rządzą. To nie znaczy, że ten rynek jest jakimś mechanizmem, jak maszyna. Tylko chodziło mi o to z punktu widzenia właśnie, jak człowiek jest skonstruowany przez Stwórcę. Jak działają pewne kategorie myślowe, na przykład straty i zysku, dla wszystkich ludzi są takie same. Nie potrafimy myśleć w inny sposób, jak tylko w kategorii straty i zysku. Odkrywałem tego typu rzeczy dla mnie zupełnie nowe. Ja to czułem, że tak jest. Ale teraz patrzę, że ludzie piszą o tym, że jest ktoś, kto ujmuje to w kategoriach nauki, takiej filozoficznej.

Nazywa to prakseologią, i ta prakseologia jest właśnie czymś innym od prakseologii Tadeusza Kotarbińskiego, który poszedł w innym kierunku, badając ludzkie zachowanie. Mises idzie w zupełnie innym. Odkryłem to, że fundamenty prakseologii, o której mówi Mises, są zgodne z tym co mówi Katolicka Nauka Społeczna, co mówi Święty Tomasz – że człowiek jest bytem wolnymi rozumnym i transcendentnym, czyli dąży do celów, które sobie sam wyznacza i do tego potrzebuje wolności. Te postawy antropologiczne Szkoły Austriackiej i Katolickiej Nauki Społecznej są zbieżne. To był taki punkt wyjścia do tego, żeby zacząć studiować Szkołę Austriacką bardziej na serio. Z tego właśnie powstały książki, powstała moja praca. Później nawet nie miałem pomysłu na to, żeby studiować teologię moralną, chciałem robić coś w kierunku antropologii jako misjonarz.

Ale w końcu moment, kiedy musiałem podjąć decyzję, to zrezygnowałem z antropologii i poszedłem w kierunku teologii moralnej. Nie poszedłem w kierunku Katolickiej Nauki Społecznej, ponieważ uważałem, że wtedy bym się zatrzymał na powierzchni. Byłaby to bardziej nauka, zajmująca się bardziej polityką niż ludzkimi wyborami. Dlatego poszedłem w kierunku teologii moralnej. Zrobiłem to na wydziale teologii moralnej, pisząc pracę z Katolickiej Nauki Społecznej. A jest to również pewien kierunek, który wyznaczył Jan Paweł II, który mówił, że Katolicka Nauka Społeczna powinna opuścić wydziały nauk społecznych i wrócić do teologii moralnej.

Bo właściwie ekonomia to jest nauka o wyborach. I to jest ten punkt wyjścia do tego, żeby później można było robić właściwą analizę z punktu widzenia teologii moralnej i zachowania w sferze ekonomii i polityki i tak dalej. Więc takie były moje źródła, moje pierwsze kroki. Zaczęło się to w seminarium, i trwa to do dzisiaj. Powiedzmy cały czas tym się zajmuje, o tym również dzisiaj rozmawiamy.

Jeżeli rozmawiamy o ludzkich wyborach, to najważniejszy, właściwie multiwybór: czy można być jednocześnie przedsiębiorcą – oddającym się rynkowi i ojcem rodziny – oddającym się rodzinie?

Tu nie ma rozbieżności. Szkoła Austriacka w Ekonomii mówi w ten sposób, że człowiek ma swoją skalę wartości, którą sobie buduje. To nie jest żaden relatywizm. W pewnym momencie każdy z nas musi dokonać tego drugiego nawrócenia, kiedy na szczycie naszej piramidy wartości stanie Bóg. I on będzie naszym celem, a wszystko inne stanie się środkiem do osiągnięcia tego celu. Tak powinno być w życiu przedsiębiorcy. Nie ma tutaj sprzeczności. Można być przedsiębiorcą i można być ojcem. Ktoś to kiedyś rozdzielił. Mówi nam o homo aeconomicus i homo religiosus. Nie ma tutaj rozdziału.

Jest tylko jeden człowiek, który działa w sferze ekonomicznej, jest człowiekiem, który ma biznes, ma rodzinę, chodzi do kościoła. I ten świat jest po to nam dany, żebyśmy się w tym świecie mogli uświęcić. Jest dobry, on jest nam dany po to, żebyśmy mogli z niego korzystać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest ktoś inny, kto czuwa nad tym, żeby z tego właściwie nie korzystali. Jest to nieustanna walka miedzy dobrem i złem. Ale my mamy łaskę, mamy Chrystusa, który za nas umarł. Mamy łaskę, która nam pomaga wybierać dobro. Po to ona jest i nam pomaga w dokonywaniu właściwych wyborów.

Problem polega na tym, że w Kościele, wydaje mi się, nie potrafimy połączyć świętości z przedsiębiorczością, bo jakoś to się nam gryzie, kłóci. Dam taki przykład – jest taki święty, święty Homobonus, który żył w XII wieku, podobnie jak św. Franciszek. Jeden i drugi jest synem bogatego kupca. Jeden i drugi został kanonizowany dwa lata po śmierci. Tylko, że św. Homobonus przejął majątek po ojcu i go pomnożył. Natomiast św. Franciszek, jak wiemy, z Asyżu, co zrobił? Tego majątku się wyrzekł i prowadził życie żebracze. Do czego zmierzam? Bardziej mówimy teraz o św. Franciszku jako o modelu świętości i nie ma w tym nic złego, bo oczywiście należy Bogu zaufać totalnie. I On nam dostarczy tego co nam potrzeba, bo przecież On jest stwórcą świata i nas, i o nas dba.

Ale z drugiej strony św. Homobonus pokazuje, że tak do końca nie jest, że my nie możemy sobie usiąść i siedzieć wygodnie i czekać aż wszystko spadnie jak manna z nieba. Musimy również pracować i pomnażać nasze talenty. Szkoda, że właśnie do tego nie doszło, że nie mówimy o tym modelu świętości dużo w Kościele. Święty Homobonus jest nieznany. Choć ostatnio spotkałem, pisząc artykuł z okazji wspomnienia Świętego Homobonusa, co przypada 13 listopada, i znalazłem w Internecie informację, że dwa lata temu pewien chłopak w diecezji Tarnowskiej na bierzmowanie wybrał imię św. Homobonusa jako swojego patrona. Co jest interesujące, że kiedy pytano go „dlaczego?”, on powiedział, że chce być przedsiębiorcą w przyszłości i chce być świętym przedsiębiorcą.

Także coś się oddolnie rusza w polskim Kościele, że zaczynamy patrzeć na te dwie rzeczy, bycie przedsiębiorcą i bycie świętym, jako rzeczy, które można ze sobą połączyć. Choć na pewno nie jest to łatwe, bo komu dużo dano, od niego dużo się będzie wymagać. Ale jest to możliwe i jak najbardziej powinniśmy ten model życia promować. Ponieważ jest to bycie ojcem. Człowiek musi być odpowiedzialny za swoją rodzinę, jeżeli ma dzieci, chce mieć dzieci, to musi zapracować na ich utrzymanie. Jak ja obserwuję i ta Szkoła Austriacka pomaga mi zrozumieć te procesy. Uważam, że żyjąc w świecie współczesnym, w Polsce narzekamy na to, że mamy kryzys demograficzny, że rola ojca jest osłabiona.

Ja bym powiedział, że jest ona pochodną pewnej polityki prorodzinnej, która polega, nie na promowaniu odpowiedzialności, a właśnie promowaniu nieodpowiedzialności poprzez dystrybucję pewnych zasiłków, programów socjalnych dla rodzin, które nie pomagają ojcom w odnalezieniu swojej roli jako tego, który jest głową rodziny, który dba o rodzinę i który potrafi zarobić pieniądze, zbudować dom, prywatny dom i tak dalej. Więc brakuje nam tych rzeczy. Brakuje nam też również mówienia o tym, że szkoła prywatna jest o wiele lepsza niż szkoła państwowa, bo zawsze jest niebezpieczeństwo pewnej indoktrynacji i tak dalej. Więc brakuje nam tych rzeczy. Te sprawy można łączyć ze sobą. Ten przykład, który podałem młodego człowieka pokazuje, że on będzie przedsiębiorcą, będzie ojcem i łączy to ze świętością. Więc da się te trzy rzeczy z sobą połączyć, tylko należy je również promować i pokazywać dobre wzorce.

Usłyszeliśmy, że należy łączyć bycie przedsiębiorcą, ojcem rodziny. Mamy w przestrzeni publicznej informacje od wielu przedsiębiorców, którzy twierdzą, że aby osiągnąć przewagę na rynku, osiągnąć ten sukces, który pozwoli na utrzymanie rodziny należy całkowicie oddać się pracy.

To zależy. Z jednej strony jest to dobre, z drugiej strony nie jest dobre. Oczywiście należy pracować na maxa. To znaczy, mamy dać z siebie wszystko. O tym mówi nam przypowieść o talentach. Nie możemy się gdzieś zatrzymać i mamy jeden talent, musimy go pomnożyć, mamy dwa, musimy je pomnożyć, mamy pięć… Nie patrzymy na innych, że jeden ma więcej, inny mniej. Ja mam swoje życie, mam swój cel do osiągnięcia. Tak jestem stworzony, takie otrzymałem powołanie do tego, czy do innego, ale to jest moje życie. I jest problem teraz. Oczywiście muszę pracować na full. Tylko z drugiej strony muszę się skoncentrować, muszę to wszystko sobie poukładać.

Celem nadrzędnym jest rodzina, jest Bóg. Nie są pieniądze. Jeżeli pracuję, chcę osiągnąć sukces w mojej pracy zawodowej, czyli daje mi to satysfakcję, bo musi dawać satysfakcję. Satysfakcja to pierwszy aksjomat działania według Szkoły Austriackiej. Działam dlatego, że nie jestem zadowolony ze stanu, w którym się znajduję chcę go poprawić. I wierzę w to, że jestem w stanie to uczynić. W ten sposób działamy, czujemy ten dyskomfort. Chcemy poprawić swoją sytuację, tylko teraz kosztem czego? Wszystko musi być podporządkowane Bogu. Nie mogę popaść w pracoholizm. Muszę poświęcić czas na rodzinę, a poświęcę ten czas na rodzinę wtedy kiedy Bóg będzie nadrzędnym celem mojego całego życia. Wszystko inne będzie tylko środkami do tego osiągnięcia. Tak jak powiedziałem wcześniej, Szkoła Austriacka pomaga mi to zrozumieć i zobaczyć, że ten mechanizm jest w człowieku, że mamy skalę wartości, którą sobie codziennie budujemy.

Bo ciągle mamy tę walkę – co ma być na pierwszym miejscu, jak mówi Pan Jezus. Mamona czy Bóg? My o to walczymy. Bardzo często jest tak, że ten Bóg spada nam na niższą półkę. Musimy znowu się podnieść i umieścić Go na szczycie. Więc na przykład są różne zawody, których chrześcijanie, katolicy nie powinni uprawiać, ponieważ mogą być później problemy. Możemy być w sytuacji bez wyjścia, jeżeli chodzi o pewne dysonanse natury moralnej. Czy tak możemy postępować i tak dalej.

W biznesie nie wszystko jest dozwolone. To znaczy nie wszystko możemy kupić, nie wszystko możemy sprzedać. To wszystko zależy od naszego systemu wartości. Więc jak najbardziej należy pracować, trzeba być konkurencyjnym. Tylko należy wziąć pod uwagę, co jest dla mnie zyskiem, a co jest stratą. To też jest subiektywne, dlatego musimy mieć tą mocną wiarę, rzeczy poukładane i czasem zrezygnować nawet z pewnych rzeczy, z pewnych kontraktów jako przedsiębiorca, czy z pewnego zawodu jak czuję, że niestety w tym świecie nie mogę go wykonywać. Może tracę po ludzku, ale z punktu widzenia życia wiecznego zyskuję. Ponieważ moją nagrodą będzie życie wieczne.

Jesteśmy przy życiu wiecznym, to oznacza szczęście i wracając o dwa kroki: czy zmierzanie do szczęścia, podstawowe założenie Austriackiej Szkoły Ekonomii, jest zgodne z nauczaniem Katolickiej Nauki Społecznej?

Tak, w Katolickiej Nauce Społecznej mówimy, określamy, definiujemy – co to jest szczęście. Szczęściem jest Bóg. Tutaj dla każdego z nas, chrześcijan, katolików jest to jednoznaczne. Choć nie do końca, bo to później się okazuje i w praktyce różnie to bywa. Oczywiście, że tak, szczęście. Szczęście rozumiane jako Bóg, jako życie wieczne, jako Królestwo Niebieskie. I to jest tylko początek tego wszystkiego. Żyjemy tu na ziemi. I tak jak dzisiejsza Ewangelia, która mówi o tym, że należy słuchać Słowa Bożego i je wprowadzać w życie, wtedy już jesteśmy błogosławieni, szczęśliwi, bo już to Królestwo Boże jest w moim życiu.

Oczywiście w pełni osiągnę je dopiero, kiedy będę zbawiony, więc moja dusza jest, jak mówi św. Augustyn niespokojna, moje serce też aż do momentu, kiedy nie spocznie w Bogu. Zatem tak, szczęście, i to jest właśnie interesujące, że w Szkole Austriackiej i u Misesa, i chapeau bas przed nim. Będąc agnostykiem sam tutaj nie promuje swojego światopoglądu, ale mówi, że tym celem w ekonomii, czyli człowieka, który działa w sferze ekonomicznej, ten cel może być metafizyczny. On nie ogranicza się tylko do poziomu wertykalnego, do rzeczy materialnych. On mówi, że cel może być metafizyczny, to znaczy, że może nim być Bóg.

Człowiek może działać na ziemi i wcale to nie sprawia, że jego działanie ekonomiczne jest gorsze. Jest inne niż od ludzi którzy sobie obierają inne cele. Więc jak najbardziej, poszukiwanie szczęścia, Mises i Szkoła Austriacka w Ekonomii oraz Katolicka Nauka Społeczna pod tym względem są zbieżne, ponieważ poszukujemy szczęścia. Mises nie definiuje szczęścia. Nie określa nam co to jest szczęście, tylko mówi, że każdy chce być szczęśliwy i wszystko podporządkowuje temu celowi. I mówi, że nigdy nie widział człowieka, który by chciał być nieszczęśliwy.

Ojciec twierdzi, że nie można oddzielać człowieka ekonomicznego od człowieka religijnego. Jak powinniśmy to rozumieć?

Zatem, jak ja to rozumiem? W ekonomii, w świecie nie działa tylko człowiek ekonomiczny. Jeżeli wykonujemy wyboru na rynku, to na to wpływ ma cały człowiek. Nie tylko czynnik ekonomiczny odgrywa rolę, ale każdy inny. Moje samopoczucie, czy mam rodzinę, czy nie mam, czy moja żona zachorowała, czy jest zdrowa. To wszystko ma wpływ na moje preferencje na rynku. Jest tylko jeden człowiek i wszystkie rzeczy mają wpływ na nasze wybory.

Więc to jest rzeczą bardzo ważną, żebyśmy nie oddzielali, tak jak to robią współcześni ekonomiści. Bo właściwie oni takie mają pojęcie „homo ekonomikus”, człowieka ekonomicznego. Zastanawiają się, robią pewne modelowanie, jak człowiek się zachowuje. I biorą pod uwagę tylko czynniki ekonomiczne. W jaki sposób człowiek alokuje środki do celu. Ale oni już wiedzą, oni tylko ograniczają człowieka do tej sfery ekonomicznej. To jest nieprawda, taki człowiek nie istnieje. On tylko istnieje w głowach mainstreamowych ekonomistów. W świecie jest realny człowiek, który podejmuje decyzje i na nie ma wpływ wszystko, co dotyczy życia człowieka.

Z nauki Jana Pawła II dowiadujemy się, że dobro może w pełni czynić tylko osoba wolna. Jak dzisiaj przedsiębiorca, będąc z każdej strony poddany ograniczeniom, może czynić dobro?

To jest tak, że rzeczywiście, tam gdzie nie ma przestrzeni wolności, tam jest problem. Nie pojawia się przedsiębiorca. Przedsiębiorca się pojawia w przestrzeni wolności, tam gdzie jest wolność, niepewność, jest ryzyko. Jeżeli mamy wszystko z góry zaplanowane to po co nam przedsiębiorca, który miałby robić coś z niczego. Przedsiębiorca robi dobre rzeczy produkując, czy sprzedając swoje usługi na rynku. Nawet sama nazwa „dobra ekonomiczne”, czyli gdyby coś było złego, byśmy tego nie produkowali, nie kupowali. Muszą to być dobre rzeczy, bo wymieniamy i kupujemy coś, co jest dobre. Złych rzeczy nie kupujemy. Zatem, żeby można było rozwijać swoje talenty potrzebujemy wolności.

Na przykład socjalizm, który pozbawia nas własności prywatnej sprawia, że nie będziemy nigdy w stanie działać ekonomicznie, kalkulować, ponieważ własność prywatna jest elementem kalkulacji ekonomicznej. Gdy nie posiadamy niczego, nie potrafimy być przedsiębiorczy, twórczy. Jan Paweł II w „Centessimus Annus”: człowiek nie potrafi odnaleźć swojej godności, jeżeli by nie posiadał czegoś na własność. Wolność jest zatem tą przestrzenią, która nam pozwala być przedsiębiorczym, tworzyć dobra. Produkować rzeczy, które są dobre.

Ale to nie znaczy teraz, że w świecie, w którym jest ograniczona nasza wolność, nie będziemy czynić dobra. Człowiek w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy jego przestrzeń jest ograniczona tworzy dobro. I nie ma teraz żadnej ulgi, że teraz, jeżeli żyjemy w świecie, w którym nasza wolność jest ograniczona, więc mogę tego dobra czynić mniej. Zawsze dobro pochodzi od Boga. Bóg jest dobrem. Również sama wolność jest dobrem i powinniśmy o to dbać. Jak mówi Benedykt XVI: świat bez wolności nigdy nie będzie światem lepszym. Niestety jest jakaś pokusa ograniczania tej wolności. Ale okazuje się, że nigdy nie będzie ten świat lepszy, jeżeli tą wolność ograniczymy. Choć, jeżeli nawet ograniczymy, to zawsze będziemy czynić dobro, ponieważ człowiek jest do tego powołany.

Dlaczego redystrybucja jest zła?

Redystrybucja jest zła w tym w tym sensie, że powszechne przeznaczenie dóbr jest pochodną własności prywatnej. Bóg daje nam rzeczy na własność, i zauważ jak to jest w przypowieści o talentach – różne mamy talenty, nie wszyscy mają takie same, ale poprzez pomnażanie naszych talentów dzielimy się nimi z innymi. Dochodzi do wymiany i ten sposób realizuje się zasada powszechnego przeznaczenia dóbr w tym świecie.

Natomiast jest to niemożliwe, żeby mogła to jedna osoba (na przykład w państwie rząd) decydować o tym, w jaki sposób będą te dobra dystrybuowane, ponieważ to przekracza nawet fizycznie jego możliwości. On po prostu nie jest w stanie tego zrobić. Tych operacji na rynku jest miliony, nigdy nie będzie to sprawiedliwe, bo sprawiedliwość nie polega na tym, że musimy teraz wyrównać sytuację materialną wszystkich ludzi. Ponieważ nie da się tego zrobić.

Jak mówi święty Józef Bilczewski, biskup Lwowski w swoich pismach: Jeżeli byśmy jednego dnia, pierwszego dnia miesiąca, wyrównali wszystkim szansę to znaczy zrównali ich poziom materialny na ich kontach bankowych, tak bym to powiedział, no to okaże się, że pod koniec miesiąca jedni będą mieli mniej, inni będą mieli więcej. Ponieważ jedni są bardziej pracowici, inni mniej. Jedni są leniwi, inni mają pomysły, inni mają więcej talentów. Nawet jeżeli damy każdemu po równo okaże się, że na koniec miesiąca nie będzie takiego samego zysku i tak dalej. Ponieważ to jest relatywne. To zależy wszystko od naszego podejścia, co my zrobimy z tym kapitałem który otrzymaliśmy od Boga.

Ale Bóg przecież nie dał nam po równo. Jeżeli mamy jeden taki umysł, który chciałby nad tym zapanować, no to właściwie my realizujemy jego pomysł. A nie realizujemy pomysłu Boga, który nam zaufał, który powierzył nam nasze talenty, żebyśmy pomnażali nasze dobra. W zupełnie innym kierunku poszedłby świat, jeżeli byśmy zaufali właśnie bardziej Bogu, bardziej w ten sposób jego myślenia niż ten, który chcielibyśmy narzucić. On jest przeciwny wolności, bo najczęściej dystrybucja wiąże się z przymusowym opodatkowaniem. W socjalizmie jest to nacjonalizacja własności prywatnej.

W dzisiejszym świecie, w którym państwo prowadzi politykę opiekuńczą, to jest związane z państwowym interwencjonizmem, mamy własność prywatną, ale de facto jej nie mamy. Ponieważ państwo pozbawia nas większości owoców naszej pracy, które są później dystrybuowane między ludźmi. I to są problemy później, bo odczuwamy, że jest to coś niesprawiedliwe, że myśmy zapracowali na to, to są nasze owoce pracy i są dzielone. A tym bardziej, że są dzielone jeszcze na przykład wśród ludzi, którym się nie chce pracować. I to widzimy ewidentnie. Więc to budzi w naszych sercach sprzeciw, że jest to coś, co jest niesprawiedliwe. Więc to jest tak, że z czego jeszcze wynika takie patrzenie, że jeżeli nie potrafimy popatrzeć na człowieka z punktu widzenia klasycznej sprawiedliwości, że człowiek jest bytem wolnym i rozumnym. I oddaję mu to co mu się słusznie należy. Czyli traktuję go jako byt rozumny i wolny, no to mamy problem.

Bo patrzymy na człowieka z tej perspektywy innej, że on sobie nie poradzi itd. I chcemy mu tę szansę wyrównać. Nie traktujemy go na poważnie. Jestem przeciwnikiem takiego dystrybucjonizmu, ponieważ on jest związany z przemocą. Odbieramy ludziom ich owoce pracy i dzielimy. Podatek dochodowy, on się z tym wiąże. Jest jakaś zazdrość w nas, że chcielibyśmy wziąć więcej od tych którzy mają więcej.

Ale przecież jest to podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Jeżeli to są ludzie, którzy są pracowici, są bardziej opodatkowani niż ci, którym się nie chce pracować. Więc to napędza taką skalę niezadowolenia w ludziach i to sprawia, że później sam właściwie stwierdzam, że po co mam pracować, skoro państwo da mi jakiś zasiłek, jeżeli przestanę pracować. Albo, że w ogóle mogę tylko kombinować w życiu i nie będę pracował, nie będę oszczędzał, bo ktoś z zewnątrz się zatroszczy. A nawet zaczynam patrzeć z tej perspektywy, że właściwie ktoś ma więcej, dlaczego ma więcej? Powinien mi oddać część swoich pieniędzy i tak dalej.

Właściwie podatek dochodowy sprowadza się do tego, że nie panujemy nad naszym pożądaniem. Wkładamy naszą kieszeń w ręce ludzi, którzy mają więcej i to sprawia jakieś napięcia społeczne i tak dalej. Gdybyśmy nie wiedzieli, ile zarabia mój sąsiad, ile ma, bylibyśmy szczęśliwsi. A my chcemy wiedzieć i podatek dochodowy po to jest, żebyśmy wiedzieli, ile wydajemy, ile zarabiamy. Państwo o nas wie wszystko. To też ogranicza naszą wolność, bo nasz świat intymny jest naruszony przez fiskusa, który się wciska w intymne nasze życie, sprawy i tak dalej. Polega też na tym błąd, że powszechne przeznaczenie dóbr kojarzymy z dystrybucją centralnego planisty.

A nie bierzemy pod uwagę, że on par excellence się realizuje poprzez własność prywatną. Każdy ma swoją rodzinę, ma swoją własność prywatną, ma swoją firmę. Czy to pracuje dla kogoś, ale sama rodzina jest takim małym przedsiębiorstwem. I poprzez ten sposób wymiana dóbr się odbywa w tym świecie i dobra przechodzą z jednych rąk do drugich. Przychodzą do tych rąk, które są pracowite, które potrafią kapitał, który się pojawia na rynku powiększyć, a nie zmarnować. Skoro Bóg zaufał ludziom i dał nam różne talenty. Nie dał każdemu po równo.

Więc my również powinniśmy w tym Boga naśladować i pozwolić ludziom działać. Dlatego jestem zwolennikiem leseferyzmu, to pochodzi od słowa francuskiego laissez-faire, czyli pozwólmy działać. Ubolewam nad tym, że w sferze politycznej za mało ufamy człowiekowi i że będąc wolnym może zrobić więcej dla dobra wspólnego niż będąc niewolnikiem. Bo de facto tak się to dzieje, że jesteśmy niewolnikami. Tylko nam wydaje się, że jesteśmy ludźmi wolnymi.

Skąd bierze się ludzka chciwość, i czy pieniądz jest zły?

Pieniądz nie jest zły. Pieniądz jest tylko środkiem do osiągnięcia różnych celów w naszym życiu, w sferze ekonomicznej. Skąd się bierze pożądliwość? To się rodzi w naszej głowie. Sam pieniądz nie jest źródłem zła, on jest neutralny. Również tego uczy nas Szkoła Austriacka w Ekonomii i nie tylko. Szkoła Austriacka mówi, że rzeczy w tym świecie są neutralne, one stają się środkami lub celami, a to w zależności od tego, jak człowiek działa i jak nadaje im wartość, tym rzeczom. One są neutralne, obojętne są.

Wartość tych rzeczy w świecie jest względna. Zależy od człowieka w działaniu i od celu. Dla większości z nas nóż jest narzędziem, który pomaga nam w krojeniu chleba, a dla kilku ludzi na świecie będzie narzędziem zbrodni. Ta sama rzecz może mieć różne przeznaczenia. To zależy od tego, co mamy w głowie. Bóg nas nie kusi, sami jesteśmy kuszeni poprzez naszą własną pożądliwość, własne pomysły, które rodzą się w naszych głowach i chcemy je realizować. Pieniądz nie jest zły. Człowiek, nie używając właściwie pieniędzy, grzeszy, bo pieniądz powinien być tylko środkiem. Mamona ona nie jest celem.

Wszystko zależy od człowieka, od tego, jak człowiek wolny poradzi sobie z pieniędzmi, które się pojawiają w jego życiu. A jest to pokusa ogromna, bo za pieniądze można kupić bardzo wiele rzeczy. Jezus też był kuszony, mógł zamienić kamienie w chleb, ale tego nie zrobił, bo był człowiekiem wolnym wobec rzeczy materialnych w tym świecie. Również tego powinniśmy się uczyć od Jezusa, tej wolności, dystansu do świata rzeczy materialnych. I w tym przeszkadza nam jedna rzecz, że narzekamy na konsumpcjonizm w świecie.

Ale narzekamy i nie bierzemy pod uwagę jednej rzeczy, że sami właściwie nie próbujemy z tym walczyć w Kościele, nabierać dystansu do świata materialnego, ponieważ zrezygnowaliśmy w ogóle z postu. Post chyba w tej chwili jest tylko 2 razy w roku, taki ścisły, to jest Środa Popielcowa i Wielki Piątek. Po prostu post! Ja sam poszczę w piątki, taki post ścisły tylko chleb i woda. Po to to robię, żeby nauczyć się dystansu do tego świata. Żeby po prostu nie przychodził mi do głowy pomysł, że na pierwszym miejscu może stać praca, może nie rzeczy materialne, ale coś innego niż Bóg.

Post sprawia, że ja czuję fizycznie głód i to mi pomaga zwrócić się do Boga, przypomina mi o tym że Bóg jest stwórcą, że On jest moim celem i wszystko mam w tym świecie podporządkować Jemu. Ojciec rodziny powinien również stosować te praktyki, bo one pomagają mu w nabieraniu dystansu do rzeczy materialnych. Znowu wszystko sobie poustawiam każdego tygodnia, bo się wszystko gdzieś rozłazi. Człowiek popości i znowu czuje, że to tak jakby powiedzmy, trzeba czasami komputer wyłączyć, bo się zawiesza. I człowiek też się tak zawiesza, więc trzeba go zresetować. Jest post i wtedy w sobotę budzimy się i rzeczywiście patrzę na świat z zupełnie innej perspektywy.

Gdzie jest granica sprawiedliwego, uczciwego opodatkowania przedsiębiorcy?

To pytanie nie jest łatwe. Wszyscy sobie na to próbujemy odpowiedzieć, gdzie? Ponieważ tutaj się tak politycznie różnimy. Ja mam taką odpowiedź bardzo prostą, w jednym zdaniu mógłbym to powiedzieć, że tyle państwa, czyli tyle podatków, ile jest to konieczne i wolności tyle ile jest to możliwe. Ale tu może jest dyskusja i jest problem, czy na przykład edukacja musi być państwowa, czy ubezpieczenia emerytalne muszą być państwowe, czy ZUS musi być obowiązkowy? Wiele tego typu pytań powstaje. I dobrze, że powstaje.

Tylko szkoda, że to tylko mniejszość się tym interesuje i nad tym się zastanawia, ponieważ dla większości, również ubolewam nad tym, że księża na kazaniach mówią, że należy płacić podatki, ponieważ podatki są. Przecież to jest tylko prawo ustawione przez człowieka. Więc należy się zastanowić nad tym, gdzie jest ta rozsądna granica płacenia podatków.

Klasyczni ekonomiści mówią, że podatek to jest zdrowy rozsądek, podatkiem w sprawiedliwym to jest jedna określone cele i im mniejszy tym lepiej. Z czego to wynika? Nie potrafimy jako człowiekiem jak powiedziałem wcześniej jeden umysł nie jest w stanie zarządzać całym państwem. Nie potrafimy objąć jednym umysłem wszystkich transakcji, które się pojawiają w tym świecie. Z drugiej strony państwo musi być neutralne gospodarczo. Nie może prowadzić przedsiębiorstwa, biznesu, ponieważ nie jest właścicielem i nie posiada niczego na własność. Jeżeli nie posiada niczego na własność, a tylko obraca pieniędzmi, które są owocem naszej prasy, to właściwie nie potrafi racjonalnie myśleć i alokować tych środków.

Tutaj jest ten problem, że pieniądze z podatków nie powinny być przeznaczone na inwestycje, na utrzymanie państwa, tego minimalnego. Państwo które jest rozbudowane, jest korupcjogenne. Zbyt dużo władzy korumpuje. Pieniądze również korumpują. Powinniśmy o tym pamiętać, żeby się przed tym wystrzegać. A tym bardziej, że pokusa na przykład taka jest, że chcemy budować dobro wspólne. Żyjemy w takim świecie, a nie innym, gdzie chrześcijanie, mimo że jesteśmy w większości, jeżeli chodzi o metryki kościelne. Natomiast patrzymy w Kościele jest ludzi mniej niż było kiedyś. Jesteśmy w mniejszości. Większość ludzi do Kościoła nie chodzi. Więc trudno jest zbudować dobro wspólne z ludźmi, którzy nie wyznają wspólnego światopoglądu.

Ten świat dobra wspólnego powinien być ograniczony, ponieważ nasze dobra materialne są ograniczone i nie powinniśmy ryzykować, żeby te dobra przeznaczasz na rzeczy, które będą moralnie wątpliwe. No i również jest są pokusa i ciągle się o tym dyskutuje, że niektóre programy, jak in vitro powinny być realizowane z pieniędzy publicznych. Jeżeli byśmy ograniczyli ilość pieniędzy, która jest w państwowym budżecie, a na to składają się podatki, to automatycznie będzie mniej pieniędzy na in vitro i nawet nie musimy dużo tłumaczyć, że jest to z naszego punktu widzenia niedopuszczalne moralnie, ponieważ nie będą mieć pieniędzy na tego typu projekty.

Dlatego im mniej pieniędzy w budżecie, tym lepiej dla nas, tym więcej pieniędzy zostaje w naszych kieszeniach. Będziemy mogli inwestować te pieniądze w nasze dzieci. Również cały system emerytalny jest też tak skonstruowany, i też o tym mało kto mówi tylko niszowa grupa polityków, ludzi o tym mówi. Przecież emerytury nie polegają na tym, że my zarabiamy swoje własne emerytury, tylko że emeryci otrzymują pieniądze, które są płacone przez ludzi, którzy dzisiaj pracują. Gdyby było tak, że na moja emeryturę płacą moje własne dzieci, to chciałbym mieć tych dzieci jak najwięcej. Jest to tak skonstruowane, że na moją emeryturę będą płacić dzieci mojego sąsiada, więc dlaczego mam mieć dzieci, skoro zapłaci sąsiad.

Problem polega na tym, że sąsiad też tak myśli i mamy kryzys demograficzny. Również uważam, że z podatkami jest problem. Tak jest skonstruowany jest również system emerytalny, który nas prowadzi do kryzysu demograficznego, a my na przykład argumentujemy to, znaczy większość, bo mniejszość ma inne na ten temat poglądy, i mówił, że należy na przykład mieć program prorodzinny, który będzie dofinansowywał rodziny wielodzietne. No ale problem polega na tym, że tych rodzin wielodzietnych nie ma, ponieważ one są pochodną tego systemu, w którym żyjemy. Więc należy zmienić system, a nie dofinansowywać coś, co właściwie jest skutkiem błędnej polityki prorodzinnej.

Jak było w Zambii w parafii w Lindzie? Jak zwolennik Austriackiej Szkoły Ekonomii patrzy na Afrykę?

Wspaniały czas, spędziłem w sumie prawie 15 lat w Afryce, w różnych krajach. Zambia była moim czwartym krajem, gdzie pracowałem przez 6 lat jako proboszcz parafii na obrzeżach Lusaki, w Lindzie, biedna dzielnica. Szkoła Austriacka i to moje doświadczenie sprawiają, że podejrzewam, że patrzę na to trochę inaczej niż przeciętny misjonarz. Na przykład ja nigdy nie mówiłem, że ja pracuję z ludźmi biednymi.

Pamiętam, że pracowałem w biednej dzielnicy, ale chciałem im pomóc, żeby oni wyszli ze stanu, w którym się znajdują. Obserwowałem ich i widziałem, że nikt nie chce z nich być biedny. Nawet doszło do takiego wydarzenia, kiedy przyjechał mój przełożony z Rady Generalnej, była wizytacja Prowincji Zambijskiej. Przyszedł do mnie do parafii i pierwsze pytanie stawia, czy pracuję z ludźmi biednymi. Mówię mu, że nie pracuję z ludźmi biednymi, to był bardzo tym zaskoczony. Mówię, że nie pracuję ponieważ uważam, że nikt nie chce być biedny. I powiedziałem mu w ten sposób, że otwórz drzwi i wyjdź na zewnątrz, do Lindy i przyjdź mi za pół godziny z kimś to chciałaby być biedny.

Nie ma nikogo, kto by chciał być biedny, więc mówienie, że pracuję z biednymi jest takim „exclusive language”, który sprawia, że ja sobie dzielę ludzi na biednych i bogatych i chce pracować z biednymi i byłoby może nieszczęściem, jeżeli ci biedni staliby się bogaci, ponieważ nie miałbym z kim pracować. Jest to dla mnie absurdalne podejście. Pracuję z każdym, nie wyróżniam ludzi biednych i bogatych. Oczywiście nad ludzką biedą się pochylam i pomagam.

Natomiast odróżniam biedę od biedy, która jest np. pochodną lenistwa. Są dwie różne rzeczy, trzeba je odróżniać. Nie trzeba mówić w ten sposób, że jak jesteś biedny to cię Pan Bóg błogosławi tą biedę, ponieważ jest to zupełnie nieprawda. Bo wtedy wprowadzam ludzi w stan apatii i pokazuję, że nie potrzeba niczego robić i Pan Bóg ciebie zbawi. Więc pomogło mi to popatrzeć w inny sposób zupełnie na Afrykę, Szkoła Austriacka w Ekonomii. To co robiłem, na przykład budowałem przedszkole, nazwałem je „Przedszkole Przyszłych Przedsiębiorców”. Dzięki temu przyjeżdżali wolontariusze-przedsiębiorcy, którzy pomagali mi w tym projekcie. W ten sposób chciałem to zrobić.

Budowałem szkołę, która była szkołą prywatną przy parafii, ponieważ uważam, że jeżeli szkoła by miała polegać na tym, że ja im daję darmową edukację, do tego obiad, który mam sponsorowany przez moich misyjnych pomocników w Polsce, to nigdy nie będę wiedział czy robię coś dobrego czy nie. Ponieważ daję im to za darmo. Kiedy okazało się, że skończyłem budowanie przedszkola i po dwóch tygodniach od ogłoszenia, że rozpoczynamy przedszkole zgłosili się rodzice z dziećmi i byli gotowi zapłacić za tą szkołę, to dało mi to satysfakcję, że jednak zaufali mi i się okazało, że to był dobry wybór, ponieważ była to najlepsza szkoła w okolicy.

Też chciałem te rzeczy pokazać ludziom w Lindzie i cieszę się z tego, że na przykład kiedy wyjechałem z Lindy, mam informacje od moich ministrantów. Choć dwa razy już do Lindy wróciłem, bo robię projekt tam z Fundacją ASBIRO. Wróciłem tam i spotykałem tych ludzi i ministrantów, którzy ciągle mają to w głowie, że chcą być przedsiębiorcami, mają takie właśnie marzenie, chcą być ludźmi niezależnymi. Chcą coś zrobić w życiu sami. To daje mi satysfakcję, że zostało to po mnie, taki spadek, że młodzi ludzie myślą o tym jak być w życiu przedsiębiorczym, być niezależnym. Jak rozwijać swoje talenty.

Z tego mam satysfakcję, że Szkoła Austriacka pomogła mi zrozumieć to, co już jest w Biblii, to co już jest w naszej tradycji. Tylko, że gdzieś nie jest to właściwie pokazane, a to narzędzie, jakim jest prakseologia pomaga mi odkryć to, co już jest w Piśmie Świętym. Jak powinniśmy postępować z ludźmi, żeby odejść od patrzenia z tej perspektywy, że sobie ludzie nie radzą, że ludzie są biedni, że dzielimy się na bogatych i biednych, że biednym się jest dlatego, że jest się wyzyskiwanym przez bogatego i tak dalej. To mi pomogło zrozumieć sytuację w Lindzie i cieszę się bardzo z tego pobytu i z tego, że mogłem popatrzeć na ludzi w Afryce w inny sposób.

Byli to dla mnie partnerzy, ludzie których spotkałem, którym głosiłem Słowo Boże, żyłem wspólnie. Były to absolutnie bym powiedział ekstremalne warunki. Nie było wody, telefon nie działa, czy nie działa internet, wielu rzeczy nie było, które są w naszym świecie. Natomiast chciałem, żeby oni do tego chodzili sami, swoją pracą. Mówiłem im, często powtarzałem, że bogactwo rodzi się z pracy i oszczędności. Każdy może do niego dojść, choć nie jest to cel.

Bogactwo nie jest celem, ale jak św. Tomasz mówi – pewne rzeczy materialne musimy mieć, żebyśmy żyli z godnością. To nie oznacza, że teraz to usprawiedliwia dystrybucjonizm. Ponieważ nie da się przenieść pewnego kapitału z naszego świata, z Europy do Afryki. Bo o tym co jest przeznaczone na inwestycje zależy nie od kapitału samego w sobie, a od tego co mam w głowie. I również nauczyłem się jednej rzeczy, że patrzę na Afrykę jako na dar, który jest nam dany, Europie. I szkoda, że my ten dar zakopujemy, bo nie handlujemy, nie wymieniamy towarów z Afryką.

Nie traktujemy tych ludzi poważnie, jako partnerów, z którymi moglibyśmy coś wymienić. A mamy coś, ponieważ teologicznie Bóg mi mówi, że każdy ma jakieś talenty, więc z każdym mógłbym coś wymienić. I tak mogę również działać z ludźmi w Afryce. Szkoda, że do tego nie dochodzi, że Europa jest zamknięta. Są zapory celne. Sytuacja jest taka, że pewnie, że czasami nie opłaca się wymieniać. Ale Afryka jest dobra w produkcji rolnej. Gdyby się okazało, że byśmy mogli te towary wymieniać okazałoby się, że każda wymiana jest zawsze tą wartością dodaną. Bylibyśmy jeszcze bogatsi, niż jesteśmy. A Afryka nie byłabym w takiej sytuacji w jakiej jest w tej chwili.

Więc jak należy pomagać Afryce? Nauczyłem się tego od takiej ekonomistki Zambijskiej, Dambisy Moyo, na pytanie czy należy pomagać Afryce? Ona mówi, że nie i to będzie najlepsza pomoc. Powinniśmy traktować Afrykańczyków jako partnerów handlowych w biznesie i powoli byśmy pomogli im odkryć ich własne zalety. Ponieważ to są ludzie i utalentowani, bardzo często lepiej niż my. Natomiast są odizolowani od nas bo my myślimy, że jesteśmy samowystarczalni, a im tylko zostawiamy pewną pomoc w postaci jednego procenta może naszego dochodu. Dajemy im jako pomoc, a ta pomoc ich uzależnia, pomoc którą dajemy i nie pozwala im się rozwinąć.

Ojciec prowadzi Werbistowskie Centrum Migranta Fu Shenfu w Warszawie. Dlaczego Kościół pomaga migrantom?

Człowiek zawsze migrował, migruje i będzie migrował. Taka jest moja obserwacja. Więc pomagamy migrantom w Polsce. Może uchodźców nie ma zbyt dużo, za to dużo jest migrantów. Nie oceniam tego z punktu widzenia polityki rządu, czy to jest dobre czy złe. To byłaby rozmowa na inny temat. Tutaj po prostu pomagamy tym, których spotykamy To jest małe centrum na warszawskiej Pradze, założone jeszcze w latach ’90. Powstało na bazie naszej pracy z nielegalnymi migrantami z Wietnamu, którzy przyjeżdżali do Polski by handlować na stadionie 10-lecia. Nie mieli papierów i jeden z naszych współbraci zaczął pracować i pomagać im. Stworzył taki projekt, który im umożliwił zdobywanie pobytu tolerowanego w Polsce.

Na bazie tego doświadczenia powstało centrum, pierwsze takie w Kościele, które zwróciło uwagę na obecność migrantów w naszym kraju. To był przecież rok 2005, a my pracowaliśmy już od kilku dobrych lat w tej przestrzeni. Sami mamy doświadczenie, jako zgromadzenie misyjne. Nasi misjonarze wyjeżdżali do Ameryki Południowej, do pracy z emigrantami z Europy. To jest w naszym charyzmacie.

Również Kościół patrzy na migranta jako na człowieka w drodze. A każdy z nas jest człowiekiem w drodze. To znaczy, że jesteśmy tylko pielgrzymami. Migrant pokazuje nam, nawet wtedy kiedy nie jest chrześcijaninem, jest taką niespokojną duszą. Bo nie wszyscy migrują, nie wszyscy mają odwagę opuścić swój kraj, żeby poszukiwać szczęścia. Jak powiedzieliśmy wcześniej, każdy poszukuje szczęścia. Jest pewna grupa ludzi, która jest niespokojna i przekracza granice kulturowe. Szuka tego szczęścia gdzie indziej. To są ludzie odważni, którzy poszukują. Najczęściej ludzie migrują dlatego, że w ich kraju sytuacja ekonomiczna nie jest dobra. Jest to wynik polityki poszczególnych państw.

Sami doświadczaliśmy tego, jako Polacy jeździliśmy po całym świecie, emigrowaliśmy, poszukując pracy, poszukując de facto szczęścia, którego nie mogliśmy odnaleźć w naszym kraju, ponieważ wolność była ograniczona. Ludzie będą zawsze poszukiwać, ponieważ zawsze będą jednostki, które będą czuć, że w ich kraju jest za mało wolności. Chcą mieć jej więcej. Temu się nie dziwię, towarzyszę im. Co my robimy w naszym centrum migranta? Mamy dużą grupę, chyba 25 wolontariuszy, którzy uczą języka polskiego w czterech miejscach Warszawy. Około 150 studentów różnej narodowości.

Wczoraj nawet przyszła po raz pierwszy pewna kobieta z Mongolii, której mąż jest polakiem. Chce się uczyć języka polskiego, dopiero przyjechała do Polski w tym roku. Mamy tu ponad 25 narodowości. Ludzi, którzy przychodzą i chcą się uczyć języka polskiego. Oni przychodzą i proszą. Najczęściej o język polski, o pomoc prawną. Z tą pomocą prawną jet gorzej. Robimy to tylko na zasadzie tego, co potrafimy sami im doradzić, dokumenty wypełnić. Ustawę o cudzoziemcach znamy, więc próbujemy im w tym pomóc. Natomiast nie mamy żadnego prawnika zatrudnionego u nas, ponieważ są to również koszty. Na to sobie nie możemy pozwolić, jesteśmy małą prywatną fundacją. Jakoś sobie z tym radzimy poprzez różnych znajomych, którzy nam pomagają doradzać migrantom.

Główną naszą pracą jest praca duszpasterska. Mamy dwie duże wspólnoty Wietnamczyków w dwóch miejscach, św. Jadwiga w Warszawie i w Mrokowie w kościele koło Wólki Kosowskiej. Dwie wspólnoty, w sumie to jest około 400 katolików wietnamskich. Mamy mszę po hiszpańsku, mamy mszę po chińsku. Staramy się również zrobić coś po angielsku dla migrantów, którzy są w Warszawie. To jest tego typu praca i uważamy, że ona jest również pracą misyjną, bo większość z nich to nie są chrześcijanie w ogóle. Jest to ich pierwszy kontakt z Chrześcijaństwem, z Kościołem kiedy spotykają nas w Centrum Migranta.

Oczywiście mamy taką zasadę w centrum migranta, że my nie pytamy skąd jesteś, dokąd idziesz. Jesteś dzisiaj, dzisiaj potrzebujesz pomocy, języka polskiego – proszę bardzo, przychodzisz, uczysz się. Ponieważ też ciągle są jeszcze ludzie nielegalni w tym kraju. Należałoby patrzeć na to, czy działamy zgodnie z prawem, czy działamy przeciw prawu. Myśmy też jeździli, byliśmy ludźmi, którzy łamali prawo tego kraju gdzie wjeżdżaliśmy nielegalnie, zostawaliśmy dłużej niż mieliśmy na to papiery. Ja podchodzę do tego realistycznie, próbuję wczuć się w konkretną sytuację tych ludzi.

Dlatego nie pytamy o pewne rzeczy, bo czasami może być to krępujące. Przychodzą do nas, towarzyszymy im w tych trudnych chwilach, bo przecież nie jest to łatwe, bycie na obczyźnie. Takie jest nasze podejście i uważam, że jest to misja Kościoła i powinniśmy pomagać tym, którzy są, przyjeżdżają do naszego kraju, do naszego Kościoła. Są obcy w tym sensie, że każdy obcy czuje się nieswojo w pewnym środowisku i należy go przyjąć, pomóc mu. Oczywiście, jeżeli ktoś przyjeżdża do pracy to mu pomagam. Oczywiście trzeba odróżnić migranta od człowieka, który przyjeżdża żyć na cudzy koszt.

Nie powinniśmy teraz zrównywać tych dwóch rzeczy. Nie każdy imigrant jest człowiekiem, który przyjeżdża, żeby żyć z cudzych pieniędzy. W polskich warunkach jest to właściwie odwrotnie, że wielu ludzi tu przyjeżdża do pracy i tą pracę odnajduje, ponieważ potrzebujemy rąk do pracy. I to nie jest tak, że teraz jesteśmy samowystarczalni. Znowu Szkoła Austriacka mi to podpowiada i mówi, że więcej mamy pomysłów niż rąk do pracy w tym świecie. Nie możemy sobie powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko i że już nam nie potrzeba nowych ludzi do tego, żeby robić nowe rzeczy wspólnie.

Podobne audycje:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *