Chore dziecko i budowa marki – Piotr Szlązak – BT 20

Piotr Szlązak

Pobierz audycję

Lista tematów:

  • Emocje w spotkaniu z chorobą dziecka: 0’23”
  • Najtrudniejsze wyzwanie w walce z chorobą dziecka: 3’16”
  • Porada dla osób w podobnej sytuacji: 3’54”
  • Jak godzić wysiłek leczenia z pracą: 6’23”
  • Ochrona prywatności rodziny: 11’31”
  • Co u Marysi: 15’51”
  • Jak budować markę: 17’16”
  • U kawiarza: 21’23”
  • Mam co robić: 23’44”

Linki:

Transkrypcja rozmowy:

Artur Pranga: Gościem dzisiejszej audycji jest pan Piotr Szlązak, tata dwóch uroczych córek, właściciel agencji marketingowej, “Alento.pl”,  marki “Ukawiarza. pl” oraz “Kotekmarysi.pl”.

Dzień dobry panie Piotrze!

Piotr Szlązak: Serdecznie dziękuję za zaproszenie do tej audycji. 

Emocje w spotkaniu z chorobą dziecka

Marka “kotek Marysi” jest wynikiem zaistnienia choroby u jednej z pańskich córek, stąd pierwsze naturalne pytanie:

–  jak rodzina, przedsiębiorca powinien sobie poradzić z emocjami, które pojawiają się, gdy z ust lekarza pada słowo oznaczające bardzo niskie rokowanie?

Emocje są. Też, podchodzę do sprawy w ten sposób, że jeżeli mamy problem, to też jest jakieś wyzwanie, które wymaga działania. To działanie, tak jak normalnie w zarządzaniu w organizacjach, trzeba rozpisać. Rozpisać na jakiś plan, na sprawdzenie z czym mamy tak naprawdę do czynienia. W naszym przypadku, to był duży szok. Nie dlatego, że pewnie nie mieliśmy pojęcia co to jest nowotwór,  w jaki sposób to się klasyfikuje, jakie są rokowania i tak dalej. No, mieliśmy doświadczenie szpitalne, bo wcześniej nasza starsza córka miała jedną operację. Ale to raczej nie było większego problemu, wszystko poszło zgodnie z planem. Mamy bardzo dużo zaufanie do lekarzy.

Jak sobie poradzić z takimi emocjami?  Dla nas najważniejsze było to, że byli ludzie wokół nas i szukaliśmy informacji. Bo emocje są wtedy, kiedy stoimy przed czymś, co jest dla nas nieznane. Im bardziej to poznajemy, to już łatwiej jesteśmy w stanie sobie racjonalizować, uświadomić, poukładać w głowie. I przez to, że  jeżeli nie mamy już tej sfery nieznania to, możemy zacząć już składać jakiś plan działania. Wydaje mi się że, emocje zamieniliśmy w działanie. No i to, że chcieliśmy zrobić wszystko to, co jest możliwe dla naszego dziecka. Tutaj było pytanie o rokowania, niskie rokowania. Tak naprawdę lekarze za bardzo nie chcieli rozmawiać na temat rokowań. Bo to nie jest takie zero-jedynkowe, że dziecko, skoro ma rokowania 20%, no to na pewno nie przeżyje, albo coś będzie innego.

Każdy lekarz wie, że każdy organizm jest inny, Rokowania są tylko statystyką.  Lekarze nie wiedzą, czy akurat, ten przypadek nie będzie tym, który będzie silny, który przeżyje i nie będzie tutaj problemu. Że wyleczy się ten nowotwór, w oparciu o pewne metody, o pewne protokoły.  Ale, że to będzie możliwe. Dlatego nie można powiedzieć rodzicom, że rokowania są niskie, dajcie sobie spokój. Każdy rodzic wierzy, że jego dziecko wyzdrowieje. Tutaj nam też to tak, w ten sposób przekazano, że faktycznie rokowania są niskie, jest ten nowotwór, jest to straszna rzecz. Ale każde dziecko jest inne. I mając tą nadzieję i wiedząc, że trzeba się wziąć do roboty i przetrwać ten cały okres leczenia. No tak podeszliśmy do sytuacji. Najważniejsze było to, że coraz więcej ludzi chciało nam pomóc, wspierało nas,  doradzało, szukało jakichś informacji. I przez to, my też czuliśmy się bezpiecznie. 

Najtrudniejsze wyzwanie w walce z chorobą dziecka

Jakie było najtrudniejsze wyzwanie w czasie walki o zdrowie i życie córeczki?

Wyzwania zawsze są w związku z czymś nowym, praktycznie codziennie trzeba było podejmować jakieś decyzje, decyzje związane ze zmianami. Zmiany organizacyjne w życiu, zmiany co do, na przykład leczenia,co do bycia w szpitalu. Jedną z ważniejszych decyzji jaką trzeba było podjąć, to, czy decydujemy się na leczenie w Polsce,  czy na przykład idziemy za granicę. No i tutaj podjęliśmy taką decyzję, że będziemy kontynuowali leczenie za granicą. Wydaje mi się, że to było jedno z ważniejszych takich wyzwań całej tej sytuacji. 

Porada dla osób w podobnej sytuacji

Czy udzieli pan jakiejś porady dla rodziców, którzy są w podobnej sytuacji, a nie posiadają na podorędziu agencji marketingowej, nie mają takiej bardzo fachowej wiedzy?

To znaczy tak, najważniejsza jest  informacja. Tego nie da ani agencja marketingowa, ani żadne zasoby. Po prostu trzeba zacząć czytać, zacząć rozmawiać z ludźmi,  którzy to przeszli. Bardzo dużo skarbnicą wiedzy są inni rodzice. Po prostu czasami jest tak, że mamy wszystkie zasoby pod ręką, ale nie jesteśmy w stanie z nich skorzystać. Bo nie wiemy, że można.

Z drugiej strony to, że jest agencja marketingowa to, jakoś tam za bardzo nie wpłynęło na to, co się działo z Marysią. No, ja wiem jak robić niektóre rzeczy, no ale w dużej mierze to robili ludzie, którzy byli wokół nas. Wolontariusze, przyjaciele rodziny, którzy też chcieli się zaangażować. Moim zdaniem, tutaj nie chodzi o kwestie agencji marketingowej, ale kwestie tego, jakim się jest człowiekiem na co dzień. Czy zostawiło się dobry ślad po sobie w relacjach z innymi ludźmi. Zawsze może się znaleźć ktoś życzliwy, kto prowadzi  agencję marketingową i zrobi to samo. Więc nie tyle agencja marketingowa tutaj jest ważna, co po prostu bycie z ludźmi w dobrych relacjach.

No i nie palenie mostów za sobą. Nigdy nie wiemy, kiedy będzie to wszystko nam potrzebne. Kiedy trzeba będzie poprosić o pomoc i kiedy trzeba będzie pójść na całość tak naprawdę. Bo w przypadku nowotworu, to jest to walka o życie.I nie ma tutaj żadnej taryfy ulgowej. Albo stanę do walki i będę reagował na wszystkie problemy, które z tego wynikają. Mamy problemy organizacyjne w szpitalu, problemy z czasem, z niewyspaniem,  bo musimy być przy dziecku “non stop” 24 godziny na dobę. Trzeba było przeorganizować sobie całe życie, czy na przykład jak w naszym przypadku, że musieliśmy wyjechać do Włoch na leczenie. To są rzeczy, które wymagają wsparcia, wymagają, czy środków finansowych, czy wiedzy fachowej, czy kontaktów. Przecież nie jest tak łatwo dostać się do szpitala watykańskiego Bambino Gesu. Ale jeszcze musieliśmy przez różne fundacje, tam prosić, pisać różne prośby i tak dalej.

Porada dla innych rodziców, tak podsumowując to pytanie. Przede wszystkim mieć bardzo dobre relacje ze wszystkimi, bo nigdy nie wiadomo, jaki kontakt, w jaki sposób może nam pomóc. 

Jak godzić wysiłek leczenia z pracą?

Jak poradzić sobie z wyzwaniem, jakim jest walka z rakiem, z tym, co pan wspomniał. Z przyswajaniem ogromnej wiedzy z zakresu medycyny, te wszystkie informacje z jednoczesnym prowadzeniem biznesów, bo przecież na leczenie potrzeba pieniędzy?

Na początku zaczęliśmy leczyć  się w Polsce. To było wszystko przez NFZ, tutaj naprawdę jako płatnik ZUS-u, podatków i tak  dalej. Wiem, że szpital bardzo dużo wydał na to pieniędzy. Gdybym nie był normalnie ubezpieczony i patrzył na te wszystkie rezonanse, tomografy, badania codzienne krwi. Onkologia jest bardzo takim zasobochłonnym oddziałem i wiem, że sam bym tego nie opłacił. Początkowe leczenie diagnoza, operacja była w Polsce.

My w międzyczasie dopiero dowiadywaliśmy się kolejnych rzeczy i też pytaliśmy się innych rodziców, co przeszli cały ten proces, jak to wszystko będzie szło i na co zwracać uwagę.  Jakie ważne elementy uwzględniać. No i dowiedzieliśmy się, że są nieznaczne różnice w postępowaniu z pacjentami w Polsce i w innych krajach. Wybraliśmy też taki ośrodek, w którym jest oddział neuro-onkologii, czyli taki bardziej specjalizujący się. No i to w sumie zdecydowało, że pojechaliśmy dalej. Jak to wszystko pogodzić, trzeba usiąść i się uczyć.  Trzeba czytać fachową literaturę, trzeba śledzić informacje, które są dostępne w internecie. Tylko nie takie popularne, które chcą sprzedać wszystkie rzeczy, które są w danym momencie w trendach związanych z nowotworami. Bo nie ma czegoś takiego, jak lekarstwo na nowotwór. Więc, jeżeli ktoś mówi mi, że ma jakieś lekarstwo, ma jakiś suplement, który zmniejsza zmiany nowotworowe, to ja zawsze się pytam: a na jaki nowotwór? 

Jeżeli osoba nie jest w stanie odpowiedzieć jaki nowotwór, chociażby nazwę wymienić,  to ja wiem, że ta osoba zupełnie nie ma pojęcia o czym rozmawia. Że to jest zwykłe naciąganie, żerowanie na strachu, żerowanie na tym, że ludzie od lat szukają jakiegoś złotego środka w sytuacjach takich mocno granicznych. typu choroba, która może się okazać  śmiertelna.

A jak sobie poradzić sobie z prowadzeniem biznesu? No właśnie, tu jest problem taki, że jeżeli osoba na etacie  i ma taką sytuację i musiałaby zrezygnować z pracy na rzecz dziecka, to po prostu ona nie przynosi do domu określonej kwoty swojego wynagrodzenia i tak dalej.  Oczywiście są fundacje, jest też pomoc państwa w przypadku nowotworu. Jest automatyczne orzeczenie niepełnosprawności w stopniu znacznym, więc też osoba, która idzie na bezrobotne, żeby opiekować się dzieckiem, dostaje te zasiłki. No one spokojnie powinny wystarczyć na przeżycie, jeżeli jest większa rodzina to, też może być większy problem. No, ale są też fundacje, które wspomagają takie momenty w życiu, tak jak w przypadku przedsiębiorcy.

W przypadku firmy, to jest tak naprawdę nie kontrolowanie procesu.  Firma zawsze generuje koszty, bo to są pracownicy, wszelkie biura, wszelkie koszty związane nie licencjami, z podatkami, zus-y i tak dalej. To jest murowany koszt na pewno, niezależnie od tego, czy dana firma cokolwiek zarobi, czy nie. Bo handlowiec może też sobie dać spokój,  bo ktoś, kto nie jest nadzorowany może nie wykonywać produktu. Różne rzeczy się dzieją. Moimi działaniami biznesowymi przede wszystkim było to, żeby zastopować rozwój, przyblokować ten rozwój, bo nie jestem w stanie jego kontrolować . Też musiałem parę osób zwolnić. Nie mogłem się zgodzić na to, że mam koszty, a nie mam przychodów, o które też powinienem powalczyć, ale nie byłem w stanie.

Dwadzieścia cztery godziny na dobę przy dziecku,  wymieniając się z żoną. Jest jeszcze druga córka. To wymagało dużego zaangażowania w sprawy Marysi i dlatego nie widziałem możliwości, żebym mógł prowadzić biznes na tym samym poziomie.  No jednocześnie ta odpowiedzialność przed urzędem skarbowym, przed ZUS-em, przed urzędem pracy i innymi. Czy nawet wspólnikami, akcjonariuszami. Dlatego tutaj musiałem z jednej strony przystopować pewne rzeczy,  z drugiej strony wykorzystać ten potencjał, który mamy do stworzenia tej marki jaką jest “Kotek Marysi”.

Powiedzmy szczerze, to jest w pewnym sensie marka charytatywna.  Tak się stało, że takie marki różne wymyślamy. Zobaczyliśmy, czym się moja córka bawi. Ona ma taką maskotkę, która zawsze jest, zawsze była. W momencie, kiedy pojechała do szpitala miała przy sobie tego kotka i jest to taka maskotka, która jest bardzo uniwersalna i kojarzy się z mamą i dziećmi, więc tak to nazwaliśmy “Kotek Marysi”. Była wolna domena.  Zrobiliśmy stronę. 

Ochrona prywatności rodziny

Jak przy budowaniu marki na ogromnym wyzwaniu, przed którym staje rodzina, jednocześnie uchronić ją  przed zgubnymi skutkami ataku kamer? 

Wydaje mi się, że ważne jest to, żeby mieć dobre relacje ze wszystkimi ludźmi. Jeżeli ktoś, ma jakiś problem z tym, że mówimy o naszej córce i mówimy o tym, w jaki sposób ona przechodzi te dalsze etapy leczenia, nie musi śledzić, tego co robimy. Robimy to ze względu na darczyńców,  pokazujemy na naszym fanpejdżu, co się dzieje z Marysią. Jakie są dalsze elementy.Widzimy w tym też pewne takie cele edukacyjne. Bo tak naprawdę nie wiadomo, skąd się bierze nowotwór. Nie ma jakiejś specjalnej drogi, żeby się dowiedzieć, na tym etapie medycyny. Więc naprawdę każdego może coś takiego spotkać i ja tutaj nikomu nie życzę. Ale trzeba być na to gotowym, bo bycie przedsiębiorcą to jest tak naprawdę byciem gotowym na wszystko.

Bo to jest po prostu ciągle ryzykowanie, ryzykowanie różnych rzeczy, ryzykowanie czasu oraz zachowania zasobów, ryzykowanie pomysłów. I tutaj jeśli chodzi skutki ataku kamer, były takie małe incydenty, gdzie ktoś miał jakieś problemy. Ale raczej tutaj staraliśmy się budować społeczność nam przychylną.  Osoby, które faktycznie wsparły, chciały się dowiedzieć, co się dzieje dalej z Marysią. I my to wprost pokazywaliśmy. Jeżeli zbieraliśmy na leczenie, no to, to leczenie było wprost pokazane. I zmieniliśmy miejsce, mieszkaliśmy w Rzymie, tam byliśmy w szpitalu, były zdjęcia ze szpitala. Wszystko to pokazywaliśmy.

To nie jest tak, że my jakoś staliśmy się super medialni super rozpoznawalni. Bo to nie jest tak, że nagle wszyscy piszą o nas i tak dalej. To jest tak, że trzeba po prostu pewne fakty medialne pokazywać. Jeżeli jest jakaś okazja do tego, żeby powiedzieć, że coś się dzieje teraz ważnego z Marysią, pisaliśmy do różnych gazet, które były nam przychylne i one o tym pisały. Ale trzeba było to poprosić, to nie jest tak, że taka marka, taka sytuacja, ona sama się nagle robi popularna.  Oczywiście jeżeli mamy kontakt z jakimś celebrytą, który w tym wszystkim brał udział, no, to wtedy parę innych gazet o tym napisze, tak ze względu na celebrytę, ale nie ze względu na przykład na chorobę. W naszym przypadku mieliśmy takich kilka wyzwań, które tak naprawdę od nas w jakimś dużym stopniu nie były zależne.

Pierwsza rzecz, to po prostu wizyta przy okazji oficjalnej wizyty w Rzymie  pary prezydenckiej. Przyjechała do nas pani prezydentowa odwiedzając po prostu szpital w ramach swoich działań dyplomatycznych. Spotkała się po prostu z Polakami, którzy pracują w szpitalu watykańskim, Bambino Gesu. I też spotkała się z polskimi pacjentami. To była jedna rzecz, o której w media pisały.

Druga rzecz, to poszliśmy na audiencję generalną na placu Świętego Piotra, jak już Marysia była w stanie wychodzić na zewnątrz. Tam spotkaliśmy papieża. Papież do nas podszedł,  to też było jakby, takie wydarzenie medialne.

A trzecia rzecz no to będąc  tam w Rzymie przyszedł do nas ojciec Adam Szustak w trakcie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej. Przyjechał  na chwilę do Rzymu spotkać się z papieżem. U nas przenocował, bo byliśmy blisko, Bo szpital watykański jest akurat w okolicach Bazyliki Świętego Piotra. W tych okolicach musieliśmy wynająć takie  mieszkanie.

To były takie trzy momenty,  o których media pisały bez proszenia, tak naprawdę. A reszta, to trzeba było zawsze prosić, zawsze mówić, że coś innego się dzieje.  Bardziej tak podchodziliśmy do tego, żeby z tego wszystkiego, dla całej społeczności wynikało jakieś dodatkowe dobro. Właśnie mówienie o tym, jak ważne jest oddawanie krwi, bo to pomaga. Czy chociażby uświadamianie o chorobie i o tym w jaki sposób to diagnozować. I tutaj my jako rodzice nie mieliśmy czegoś takiego, że nagle przychodziły  jakieś media i zaczęły o nas nagle pisać. To raczej bazowały na materiałach, które my sami udostępniliśmy i tak to wyglądało. Wydaje mi się, że temat nie jest jakoś tam specjalnie nośny i pożądany. I tylko osoby, które jakoś tam współczują, albo wejdą w jakiś taki empatyczny sposób w całą tą sytuację i pracują w mediach, dopiero, wtedy się tam jakoś zaangażują.

Co u Marysi

Co dziś się dzieje u Marysi? Jest już w Polsce? Jak się czuje? 

Rozmawiamy 16 stycznia,  w dniu urodzin, czwartych urodzin Marysi. I Marysia dzisiaj świętuje.  Jest teraz w domu, ale codziennie ma rehabilitację, nawet kilka razy dziennie, bo mamy też sobie pracę w różnych ośrodkach. Jak się czuje. No mamy opóźnienie, jeśli chodzi o rozwój, gdzieś o półtora roku, w związku z całym tym leczeniem. Z tym, że leżała w szpitalu i do tej pory jeszcze nie chodzi samodzielnie. Próbuje wstawać. Po prostu walczymy, cały czas walczymy już teraz nie z chorobą, aczkolwiek mieliśmy diagnozę nowotworu złośliwego.

Ta  jego złośliwość może też polegać na tym, że w pewnym momencie będzie wznowa. Historia może się powtórzyć, ale mamy nadzieję, że wyleczyliśmy ją już tak definitywnie. I teraz tylko walczymy ze skutkami leczenia. A Marysia jaka jest? No, jest pogodnym dzieckiem, które teraz coraz bardziej, chętniej ufa ludziom.  Miała taki okres buntu, w którym, no każda osoba, która przyszła do niej ubrana na biało kojarzyła jej się z bólem. Mając takie doświadczenia szpitalne, to ja się nie dziwię. Ale teraz jest z nami i jest w domu, chodzi na rehabilitację. Mamy nadzieję, że w ciągu kilku miesięcy będzie w stanie już być takim samodzielnym dzieckiem.

Jak budować markę?

Ja w takim razie skorzystam z okazji i życzę Marysi stu lat i jak najwięcej wartościowego czasu z rodzicami. Następne pytanie będzie bardziej profesjonalne. “Kotek Marysi” to jest informacja, jaką udało się umieścić w umysłach odpowiednio dużej grupy osób, do tego dołącza rozwijająca się marka “U kawiarza” i “Alento”. Ile czasu, pieniędzy i kontaktów trzeba dla zbudowania marki? Jak to się robi?

Jeśli chodzi o  marki, to polecam książki pana Macieja Tesławskiego, polskiego stratega marek, który też jest trochę taki moim mentorem. On właśnie dużo pisze na ten temat, więc tutaj nie będę wyczerpywał teorii.  Jeśli chodzi o pozostałe marki, to też w zależności od grupy docelowej. Firma “Alento” nie dba o swoją markę wprost. Jest firma z branży “B2B”, więc tutaj, tak naprawdę bardziej chodzi o relacje między przedsiębiorcą, a przedsiębiorcą,  który może zlecić działania marketingowe.

Jeśli chodzi o “Kawiarza” to tak naprawdę ta marka ma niecałe dwa lata, a jeżeli można mówić o marce, to znaczy, że się mówi w perspektywie budowania jej przynajmniej pięć lat. Wtedy można mówić o jakimś tam naprawdę zakorzenieniu się w świadomości. Więc w tym momencie  “Kawiarz”, jest to taka wschodząca marka porządnej kawy, nad którą teraz pracujemy. Pracujemy też w kontekście badawczo – rozwojowym nad specjalnymi rozwiązaniami związanymi z kawą, też nad naszym autorskim systemem dystrybucji, jakimi są machiny kawiarza. Jest jeszcze dużo nieodkrytych kart. Polecam stronę “ukawiarza.pl”,gdzie można zamówić porządną kawę, ale też w naszych planach rozwoju na “Kawiarz.com”.  To bardziej strona korporacji.

Nie odpowiedziałem na pytanie “Ile czasu, pieniędzy, kontaktów trzeba na zbudowanie marki?”  Po pierwsze trzeba wiedzieć dla kogo jest ta marka, jest grupa docelowa. W przypadku marki charytatywnej “Kotek Marysi” grupą docelową są wszyscy odbiorcy, którzy mogą się identyfikować z marką. W naszym przypadku taką grupą, z tego co nawet nieświadomie zrobiliśmy, ale potem przeanalizowaliśmy, grupą docelową są po prostu rodziny w podobnej sytuacji.  Zazwyczaj matki, które w danym momencie mają jedno lub dwoje dzieci w podobnym wieku, około dwóch lat, które bardzo mocno się identyfikują z tym problemem, bo przecież one też mogą być podobnej sytuacji. No panowie tak mocno nie siedzą w internetach, albo tak mocno nie empatyzują z całą tą sytuacją. I dlatego tutaj około 80% to są akurat kobiety. I my też postawiliśmy na markę w internecie,  robiliśmy jakieś akcje, takie stacjonarne, że tak powiem, off line.

Ale przede wszystkim to, co się dzieje u Marysi, to mówimy o tym  w internecie. Strona internetowa, gdzie robiłem podsumowania i “fanpage”, na którym umieszczamy jakieś zdjęcia, żeby pokazać jakie są dalsze efekty, co się dalej dzieje.  Ile czasu? No tak naprawdę w tym momencie społeczność, która śledzi Marysię to jest 6700 osób. Zaczęliśmy ją budować tak od lipca 2018 roku, więc tutaj mamy ponad rok. Z drugiej strony te najważniejsze momenty są w tym momencie za Marysią.  A więc tak naprawdę cała aktywność tej marki , ona jakby jest już dużo mniejsza, dużo, dużo słabsza.

Nie ma już takiej nośności, bo co jest takiego super ciekawego w tym, że dziecko chodzi codziennie na rehabilitację. No, nie ma czym jakoś podtrzymywać tej więzi w tym momencie. Więc też mi się wydaje, że jeżeli Marysia “daj Boże” będzie zdrowa i będzie wszystko szło w dobrym kierunku, to my, jako rodzina będziemy w stanie już sami normalnie funkcjonować. I po prostu część tej marki będziemy w stanie przekazać jakiemuś innemu dziecku, czy komuś kto będzie miał podobny problem. Takiego potencjału nie warto marnować.

U kawiarza

Czas na reklamę! Czy poleci pan coś wszystkim słuchaczom?

No,  ja mogę polecić to, czym się w tym momencie zajmuję. czyli “Kawiarza”. Zapraszam bardzo serdecznie na stronę “U kawiarza.pl,  na porządną kawę, na kursy baristyczne, na kurs domowego baristy online, który jest cały czas. Jest dostęp na stronie internetowej, kawa jest bardzo ważną rzeczą i będąc we Włoszech, właśnie przy okazji leczenia córki,  też dużo rzeczy poznałem i poznałem też, to sławne włoskie “Espresso Italiano” i też “Instituto Espresso Italiano”, które certyfikuje wszelkie działalności związane właśnie z kawą.

No i to też dużo dało mi do myślenia i pokazało pewien model,  jak Włosi zrobili bardzo fajny marketing. No nie mając kawy i nie uprawiając jej, zrobili kawał bardzo dobrej roboty, to znaczy stworzyli praktycznie cały przemysł palarniany. To mocne włoskie palenie sławne na całym świecie i cały system parzenia. Te ekspresy kolbowe, ciśnieniowe, to też właśnie pochodzą od Włochów. Biorąc pod uwagę też, to co my pijemy: Espresso, Americano, Caffè latte,  to są wszystko nazwy włoskie i takie ja sobie zamarzyłem.

Żebyśmy w Polsce mogli zrobić porządną kawę, taką która będzie palona w naszych lokalnych palarniach. Będzie kawą “Premium”, czyli to będą wyselekcjonowane ziarna, które będą dawały bardzo dobre aspekty smakowe z jednej strony. Z drugiej strony nie będzie to jakieś byle co, jakaś mieszanka sławnych marek, które, tak naprawdę bardzo mocno optymalizują produkcję. Ale postawimy na taką “craftowość” , na to,  że nasze ziarna naprawdę są dobre. Tak powstała marka “U kawiarza”, tak my chcemy pokazywać, że picie porządnej kawy w Polsce jest czymś, co naprawdę warto stosować, w myśl zasady “szkoda życia na picie kiepskiej kawy”. Mogę zachęcić słuchaczy do wejścia na “u kawiarza pl”, ale też zaprosić osoby zainteresowane rozwojem firmy , kto zostanie moim wspólnikiem.

Mam co robić

Czy miał pan ostatnio refleksję, myśląc o czymś, spotykając się z czymś. Można by wokół tego zbudować biznes, ale ja już mam zajęcie?

Jest bardzo dużo takich rzeczy, które na co dzień widzę, doceniłem wartość skupienia się na konkretnym celu.  Teraz rozwijam firmę o bardzo dużym potencjale. No, tak nawet częściowo agencja marketingowa już nie jest moim oczkiem w głowie. Raczej ona jest na takim wyciszeniu,  bardziej zajmuję się właśnie tworzeniem “U kawiarza”. I tutaj, jeżeli coś jest związane z kawą, coś, co może być dla kawiarza dobre i w tym kierunku może pójść, no to w tym kierunku myślę, żeby wykorzystać.

Ale, żeby brać jakieś kolejne zajęcia z różnych innych branż, to nie. Bo wiem już, Ile to jest roboty.  Ile to jest czasu, a tego czasu nie mam. Czas już muszę sobie reglamentować, muszę go podzielić na rodzinę i na aktywność zawodową. I to nie chodzi tylko o to, żeby być fizycznie w jakimś miejscu, w domu, czy gdzieś z rodziną, tylko żeby też i mentalnie być z rodziną. Bo ja mogę myśleć cały czas o biznesach, o tym, że mam faktury niezapłacone, o tym jak rozwinąć produkt i tak dalej. A nie poświęcać go rodzinie, jednocześnie fizycznie będąc w domu.

Właśnie to nie o to chodzi, jak to ładnie było napisane,  można by wokół tego zbudować biznes. Ja mam zajęcie chcę je rozwijać, chcę być też lojalny wobec osób, które mi zaufały w związku właśnie z “Kawiarzem”. Chcę rozwijać tą firmę na skalę, powiedzmy nawet międzynarodową. Więc mam cel, chcę go zrealizować, do niego będę dążył, a na wszelkie okazje z zewnątrz raczej patrzę z dystansem.

Dziękuję za rozmowę, ze swojej strony życzę “już nigdy więcej żadnych bliskich spotkań z rakiem” i jak najwięcej wartościowego czasu z żoną i obiema córeczkami.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że coś mądrego i inspirującego z tej naszej rozmowy wyniknie dla słuchaczy.

Podobne audycje:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *